Krajowe przymrozki

 

 Pełnokrwiści odbrązowieni stają się

wiarygodni i przyciągają jak magnes.

Tak się utarło,

że jednemu wolno więcej,

a drugiemu, zobaczymy,

co jest po drodze.

Młody buntownik, urodzony w 1935

zatrzymał się na spękanym ryzyku.

Nie znali go dwaj twórcy urodzeni w 1921 i 1916.

Nie mieszcząc się w sobie, brylował

i chciał przebudować

armię na swoje podobieństwo.

W karnej kompanii wydobywał węgiel

i pisał o nim rzeczy przesycone octem.

W wojsku i w kopalni, i w więzieniu

przeciwstawiał się tym obok i władzy,

która nie lubiła krytyki.  

A kiedy wylądował na szczęce kolegi,

znów się znalazł w miejscu odosobnienia.

Wystawał z rzeczywistości jak ćwiek.

To, co tworzył, chciał, aby oceniono.

Prokurator widział jego osobę oczami

ówczesnej polityki.

 

Kiedy pytał drugiego poetę o swój talent,

usłyszał

Mam małe mieszkanie

Nie mogę trzymać byle czego

Nie czytałem

Od razu wyrzuciłem na śmietnik

Nie zaistniał w jego wyobraźni.

Nie był jasnowidzem, porażki grały hardością. 

Najstarszy z twórców,

jowialny i wysoko ceniony,

określił buntownika jako

zakałę i nie nazywał go pisarzem. 

 

Dopiero na obczyźnie doznał odmrozków.

 

Wszyscy trzej już odeszli i się nie spotkali.

Znalazł się jeden taki,

który dobrowolnie się wplątał

w wyimaginowany trójkąt i szuka nici

Ariadny.

Budzi się i po omacku pyta o siebie.

Pewnie z dobroduszności,

o którą coraz trudniej.

 

Twórcami cieszy się przemiennie

i nie udaje, że go nie ma.

Nie parkuje niewygód w dziupli,

opiera się niesprawdzonym słowom,

śpi na poduszce rozłożystych ciemności.

Chociaż nie ceni tego,

co mgliste i niepewne,

bierze udział w pokerowej grze.

Naraża się na retorsje.

Gdy ucicha w nim orkiestra wzruszeń,

gdzieś w zmiennej mądrości,

w zbuntowanym ogrodzie malw,

próbuje ześlizgnąć się z pochyłości epoki,

cały w poskręcanych gębach,

w torsjach słownych,

w ramach wet za wet.

(Tadeusz Różewicz, Wilhelm Szewczyk, Andrzej Brycht)

E.Rychlicki wiersz z tomiku „Chcąc nie chcąc”

 

 

Na szosie

 

Salomea Liryczna w Głosie

śpiewała jedwabnie na szosie,

lecz gdy nie miała słuchaczy

spędzała czas inaczej –

szukała złota w… nosie.

ER 10.12.2017

Dębowa tajemnica

1

 Joanna Blachnik z pedagogiczną pasją omawiała dęby na przyrodzie. Dzieci słuchały uważnie, bo spotykały się z tymi drzewami w Parku Kultury i zbierały żołędzie. Już wiedziały, że to bardzo cenne drzewa. Wyglądają dostojnie, liście mają ozdobne i wprawdzie spękaną korę, ale owoce są piękne. 

    – Dęby to długowieczne drzewa – mówiła pani. Potem powiedziała, że najbardziej znane są u nas dęby szypułkowe i bezszypułkowe. Dzieci pytały:

    – Co to jest szypułka?

    – Wiecie, co to jest klepka podłogowa? – z kolei pytała pani. Najlepsza jest dębowa. Drewno dębowe doskonałe jest też w bednarstwie i szkutnictwie… Z dębu wykonuje się piękne i trwałe meble. I wtedy odezwał się Michał i powiedział, że jego babcia i dziadek mieli kłopot z dębowymi meblami.

     – Kłopot? – zdziwiła się pani i dalej prowadziła lekcję, chcąc zdążyć z omawianiem materiału.

 Kiedy Jerzy przybył z rodziną do Chorzowa z kresów wschodnich jako młody chłopak, nigdy nie myślał, że tu się zadomowi i po latach będzie budował dom w podgórskiej miejscowości. Natomiast Marta, rodowita chorzowianka, brała przykład ze swego ojca, Aleksandra. Nie zamierzała nigdzie się wyprowadzać. Dojrzała młodość Marty i Jerzego, to studia muzyczne Marty i studia medyczne Jerzego, a potem realizacja kolejnych marzeń.

     Gdy już podjęli pracę i założyli rodzinę, musieli pokonywać wiele trudności związanych z wychowaniem dwojga dzieci. Marta prowadziła lekcje gry na fortepianie w szkole muzycznej, a Jerzy oprócz godzin etatowych w cieszyńskim szpitalu, pełnił lekarskie dyżury.

 Spotykali się wieczorem, ale zdarzało się, że dzieci widywały ojca dopiero na drugi dzień, bo miał akurat dyżur w pogotowiu ratunkowym. Toteż mówiły czasem, że nie każdego dnia widują oboje rodziców. Babcię i dziadka kochały, ale dlaczego mama i tata tak mało mają dla nich czasu? Jerzy przed emeryturą był cenionym, wysokiej klasy chirurgiem. Specjalność wymagająca precyzji, spokoju psychicznego i opanowania.

     Kiedy postanowili wybudować dom, co stało się wyzwaniem  i drugą życiową przystanią dla nich i dzieci, Marta i Jerzy zdawali sobie sprawę z podejmowanego trudu. To były nie tylko dodatkowe obowiązki i zmartwienia. Jerzy, chociaż rzadziej włączał się w sprawy powstawania najważniejszego obiektu ich życia, tak samo żył budową, jak Marta, która nie chciała mieszkać poza Chorzowem, a jednak często rano wyruszała maluchem 126p na plac budowy, by sprawdzić postęp w robotach, załatwić brakujące materiały, a potem z powrotem spieszyła się do szkoły na lekcje fortepianu. Uczniowie czasem już czekali a Marta niecierpliwiła się, że może się spóźnić, czego bardzo nie lubiła. Jerzy dzwonił, dopytywał się, jeżeli mógł załatwić sprawę materiałów telefonicznie, to załatwiał, jeśli miał czas, włączał się doglądając budowę, a potem wracał na salę operacyjną. Pieniądze z dodatkowej pracy uzupełniały kasę, bo forsy wciąż było za mało na dokończenie inwestycji. Starał się też znaleźć wolne chwile na czytanie nie tylko przed snem, bo to dawało mu doskonały relaks przed następną operacją. A Marta zaopatrywała jeszcze dom w potrzebne produkty i nadal kursowała między Chorzowem a wymarzonym miejscem na długi weekend. Bezpośredniego udziału w budowie, jak to bywało u innych budowniczych, nie brali. Z dwóch ważnych powodów: ich ręce przedstawiały wartość najwyższą w zawodzie, a zajęcia fizyczne niszczyły dłonie, i po drugie – mieli takie zawody, że powinni swoją pracą wystarczająco zarobić na wymarzony dom. Gdy koleżanki namawiały Martę na kawę na ogół odpowiadała, że nie może, bo ma ważną sprawę do załatwienia. Zapraszała do budowanego jeszcze pałacu – jak żartowała. – Zapraszam, przyjedźcie, bo jak nie, to się obrażę. Zobaczycie jak sobie radzimy.

     Aż po kilku latach mogli zamieszkać w obiekcie swoich dążeń i zabiegów.

     Cała rodzina mogła się przeprowadzić do nowego, jeszcze pachnącego wapnem domu z tarasem i schodami jak w pałacu.

 Dzieci pokończyły studia a po przeprowadzce znalazły dla siebie pracę w sąsiednich miejscowościach i rodzina zaczęła zapuszczać na nowo korzenie.

     Lucyna, ich córka, widząc sporą działkę do zagospodarowania wokół nowego domu, od razu poczuła w sobie natchnienie i siły, by na tej skalistej ziemi urządzić ogród. Dlatego po pracy zajmowała się roślinami. Zaprojektowała, a potem zrealizowała pomysł ogrodu według najlepszych wzorów. Jej kompozycje były tak pomyślane kolorystycznie, aby w ciągu okresu wiosny i lata przejście z ogrodu do domu i na taras zmieniało się co pewien czas w tonacji kolorów kwitnących kwiatów. Po roku wysiłku z ogrodu do domu i na taras wchodziło się ukwieconymi schodami pośród niecierpków, kuflików, roślin cytrusowych… ale także roślin egzotycznych, jak choćby bananów i oliwek, a w oczku wodnym do kwitnienia przygotowywały się nenufary. Przed domem już się rozrosła, wysoka na prawie trzy metry, i kwitła od kilku lat pod koniec kwietnia magnolia japońska – gwiaździsta stellata, której skórzaste wąskie liście chowały się między biało-różowymi, otwartymi kielichami kwiatów. Wytrwałość Lucyny dała efekt przyciągający wzrok, a nawet wielu osobom oczy okrąglały z wrażenia. Obowiązkowo kwitły także róże i wiły się egzotyczne pnącza, pięknie okłamując wzrok, gdy wchodziły na czubek suchego pnia martwej jabłoni. Wkrótce odkryły ten raj ptaki – kosy i drozdy, co zapewne wynikało z urokliwości tego miejsca, a nawet paszkoty                  i makolągwy, jak twierdziła Lucyna, ale nikt, oprócz niej, nie widział tych ptaków. Gdy wracała do domu po stresującym dniu pracy, zajmowała się florą, w ten sposób nabierała ochoty do funkcjonowania przez następnych kilka godzin, i wtedy dopiero jadła obiad, a mama wołała po kilka razy:

     – Lucia, obiad stygnie. I znowu: – Obiad już jest chłodny. Będę musiała podgrzać.

     Jarek, syn Marty i Jerzego, dojeżdżał do pracy w Bielsku Białej. Potem na kilka lat został skierowany do pracy w fabryce Fiata w Turynie. Opanował język włoski i stał się cenionym w firmie specjalistą. Założył rodzinę i starał się niczego w życiu nie zepsuć. Otrzymany po dziadkach dom traktował przyszłościowo.

2

 Znajomi i przyjaciele zaczęli nieśmiało dopytywać się o nowy adres Sterników i szukać ulicy Kosów. Dłuższy weekend lub urlop stawały się okazją do odwiedzenia dawno nie widzianych przyjaciół.

     Spotykali się również w dniach przełomu kwietnia i maja, gdy w Beskidach gościła wiosna na całą szerokość dolin. Chociaż w miejscach nieco chłodniejszych, tych gdzie słońce nie dochodziło, można było jeszcze spotkać kaczeńce i kwitły nie tylko stokrotki i bratki  w gazonach, okazałe i wyjątkowo urodziwe, zwłaszcza przed pomnikiem; ubierały się już w kwieciste sukienki drzewa owocowe i krzewy ozdobne. Zapach rozanielonych bratków delikatnie odurzał i kierował nozdrza przechodniów w stronę kilku prostokątnych żółto-bordowych dywanów.

     W czasie tych spotkań, Marta mogła wypytać znajomych o sytuację w szkole i w mieście, bo już rzadko kiedy przyjeżdżała do Chorzowa, a tęskniła do opuszczonej siedziby rodzinnej i miasta, i chciała wiedzieć… Nie lubiła mówić o własnych sprawach, ale nie unikała tematu życia rodzinnego. Tylko jeden problem wciąż ją gnębił i nie poruszała go w rozmowach z przyjaciółmi… Jerzy chętnie rozmawiał  o przeszłości, nawiązywał do straconych ziem polskich na wschodzie i o historycznym ucisku z dwóch stron. Miał analityczny umysł i wyciągał z rozmowy przekonujące wnioski.

     Siadali przed domem pod rozłożystą magnolią albo w pokoju gościnnym, ręce opierali na poręczach ogrodowych foteli albo o stół i rozmawiali, spragnieni wymiany zdań o wszystkim, co przeżyli i co działo się aktualnie, żartowali i popijali kawę i wino. Mówili wszyscy naraz, tyle mieli sobie do powiedzenia i ktoś, kto miał nieco osłabiony słuch, mógł niektórych słów nie wyłowić z tej plątaniny, ale w sumie całość trzymała się zrozumienia. Swobodna rozmowa płynęła strugami w górę między wiązki romantycznych kwiatów magnolii, a ich płatki od czasu do czasu spadały na stół lub do lampki z winem, jakby sprzeciwiając się zakłócaniu spokoju rozłożystym kwiatom, rozkoszującym się słońcem. Śmiali się z opowiadanych dowcipów  i absurdalnych komentarzy. Wspominali spotkania na Domagałkach i planowali następne. Marta uśmiechała się jak zawsze i zachęcała do kosztowania babeczek i sernika, który piekła tego samego dnia specjalnie dla gości. I nie zwierzała się z tego, co wciąż uwierało ją wewnątrz.

     – Koleżanki i koledzy ze szkoły muzycznej – mówiła swobodnie, pełna życzliwości – częstujcie się. Po długiej rozmowie płomienie słów nie były zbyt wysokie. Tylko takie by rozmowa nie zgasła.

     Gdy już wszyscy nagadali się do syta i wypogodzili do pełna, Jarek miał ochotę  przedstawić  ich rodzinną,  niemiłą przygodę, ale  matka go powstrzymywała. Nie musiała nic mówić, Jarek wiedział. Marta domyślała się, o co chodzi synowi, co chciał powiedzieć:

     – W pewnym czasie zostaliśmy bez staroci. Mogliśmy je sprzedać, ale nie sprzedaliśmy, ale i tak ich nie mamy… Mogliśmy kupić nowe meble dębowe za sto kawałków, ale nie mamy stu kawałków.

     Wstawała i przyglądała się kwiatom magnolii. Znów ten temat. Po co on o tym chce mówić. I czuła w sobie silny dyskomfort. To takie przykre. Nic nie powiedziała. Samo spojrzenie wystarczyło. Szczególnie drogie było biurko jej ojca, przy którym pracował i na którym podpisywał ważne dokumenty. Ale jakie? – zastanawiała się Marta. Bywało, że odrabiała lekcje w gabinecie ojca. A raz to nawet spała na tym biurku, owinięta w śpiwór. 

     Dziadek Marty, Kulawik, urodzony w Wielkich Hajdukach, brał udział w II Powstaniu Śląskim i chociaż w sumie uczestniczył w nim pięć dni, bo to było krótkie powstanie, powiedział do syna, Alka, że ma się kształcić i zostać prawnikiem, żeby bronić Ślązoków. I synek został prawnikiem, ukończył studia, co było wydarzeniem na całe Hajduki.

     Kiedy dziadek Marty przestał pracować w kopalni „Laura”, ze szczęścia, że żyje kupił synowi za odłożone pieniądze piękny gabinet. To właśnie wielkie biurko i biblioteka były zakupem na całą niemal epokę. W czasie wojny trzeba było meble schować do piwnicy, a po wojnie nie należało się również nimi chwalić. Okazało się też, że być przedwojennym prawnikiem, to znaczy być przestępcą, zgodnie z paragrafem, który nie istniał. Zatem ojciec Marty musiał zmienić zawód.

     Marta myślała: „Kiedyś opowiem im o wszystkim… Trzeba się wreszcie od tych przykrych myśli uwolnić.” Niecierpliwość zachęcała, aby to się stało już, zaraz. 

                                                                                                              3

 Wciąż zdarzają się oszustwa te proste i wyrafinowane, bezczelne i zaskakujące.

     Marta i Jerzy Sternikowie, po latach pracy i wychowywania dzieci, z ulgą siadali w fotelach, by się relaksować. To był ten upragniony, szeroki oddech. Z pewnym ociąganiem się omawiali sprawę wynajmu mieszkania przy ulicy Poety Pod Lipą, ale wracali do niej wielokrotnie. Mieszkanie pełne mebli, z duchami między nimi, ale bez żywych

mieszkańców… Dzieci mogły im w tym pomóc. Były już samodzielne. Gdyby duch tego domu mógł mówić, na pewno by krzyczał wyrażając swój sprzeciw wobec pustki na pierwszym piętrze. Dom po rodzicach należał do Marty a Marta przepisała go na syna Jarka. Dla Lucyny przewidziano dom, w którym mieszkali przy ulicy Kosów. Marta podkreślała piękno starych, zabytkowych mebli, ich wartość  i solidność, ale młodzi tego nie cenili w tym samym stopniu. Właśnie do tego nawiązywał pomysł Jarka: sprzedać. Zamierzali mieszkanie   w starym domu wynająć dobrym ludziom. Zwlekali z tym przez dość długi czas, bo chcieli znaleźć lokatora, który by o nie dbał. W związku z tym czynsz nie byłby zbyt wysoki. Ale lokator musiałby mieszkać  w meblach, które tam pozostały. Przebierali więc w przyszłych najemcach, bo chętnych było kilku, namyślali się i wciąż nie byli zdecydowani.

     Po kilku nieudanych próbach postanowili zamieścić ogłoszenie w prasie. Synowa Marty i Jerzego, Kasia, wzięła sprawę w swoje ręce. Odpowiedziało kilka osób, ale tylko jedna wyraziła zainteresowanie, by zamieszkać wśród antyków. Ten, który się zgodził sprawiał bardzo dobre wrażenie. Oznajmił, że ma narzeczoną w ósmym miesiącu ciąży i potrzebuje wygodnego lokalu mieszkalnego. Gdy już sprawę omówiono, kandydat na najemcę, po obejrzeniu pomieszczeń, dość niespodziewanie powiedział, że chciałby je urządzić bardziej nowocześnie i te meble musiałyby być usunięte. Marta natychmiast się sprzeciwiła, ale nic więcej nie powiedziała. Tyle zachodu, tyle gadania i mieliby pozbyć się mebli, bo w ich domu się nie zmieszczą,  a przyszły lokator ich nie chce? A może to tylko zagrywka? Jarek, głównie Jarek, bo dom przy ulicy Poety Pod Lipą był już jego, ale martwili się nim wszyscy, nalegał, aby rodzice się zgodzili. Po ponownej rozmowie z matką i ojcem Jarek odpowiedział, że akceptuje warunki i meble należy przewieźć do ich nowego miejsca zamieszkania. Przecież cały czas chodzi o to, żeby nie… – myślała Marta. Facet, który rzekomo miał na imię Wadim, obiecał transport, podkreślając, że posiada własny przewóz.

     Dużo mówił, tak, że wydawało się, iż gęsi zagęgały dzień i z tego gadania wyniknie coś dobrego.

     Później dowiedzieli się, że najemca nazywa się Stefan Senter a nie Wadim i lubi jeździć rowerem jak szalony. To wysoki brunet o ciemnym zaroście, przez który przenikała bladość twarzy. Senter przed kilku zaledwie miesiącami wyszedł z więzienia i poszukiwał możliwości zdobycia forsy, wściekły  na  cały świat, a zarazem łagodny, kiedy uznał, że trzeba takim być, jednocześnie naiwnie pewny siebie, że wokół są sami głupcy, których może w każdej chwili wykorzystać dla własnych, pojawiających się czasem spontanicznie celów. Najczęściej chodziło o to, by komuś coś ukraść, zabrać i użytkować we własnym zakresie albo sprzedać i zarobić kilka setek na łatwe życie i alkohol. Nie był to jednak facet, który by potrafił sprzedawać stringi w Koniakowie, a lwy w afrykańskim buszu. O tym Sternikowie jeszcze nie wiedzieli. Ich wnuczek, Michał, zatroskany szaleństwem Stefana, kupił mu hamulec rowerowy, prawdopodobnie torpedo, które wbudował w dwukołowiec, na którym Stefan zarzucał przodem, to w lewo, to w prawo i spadał, obijając się i raniąc, gdy napił się wódki, ale to go nie zrażało do następnych eskapad. Każdy się znał na rowerach, ale Stefan nie. Nie było też hamulca, który powstrzymałby go przed niecnymi czynami. Może chciał pobić rekord w liczbie przestępstw,  a  może wariactwa. Miał fantazję i… miał przebite opony mózgowe – mówił Michał, dlatego błądził po polach i górach – dodawał. Gadał, że ma 80 kilometrów zapasu i dojedzie z meblami w odpowiednim czasie. Tego już nikt nie próbował zrozumieć, ale nie posądzano go o skrajną głupotę.

     Senter szybko docenił wartość antycznych mebli z pierwszej połowy XX wieku. Były to artystycznie, ręcznie rzeźbione: dębowe biurko, wygodny, pokryty skórą komplet wypoczynkowy i biblioteka, również dąb – to w jednym pokoju, a w drugim – jadalni: dębowy duży kredens, także ozdobiony ręcznie, mniejszy kredens, dziewięć krzeseł, duży okrągły stół dębowy… Wartość mebli wyceniono na dwadzieścia tysięcy złotych.

     Po niedługich negocjacjach, bo Senter wiedział, co zrobi z tymi meblami, więc spieranie się o nie i czynsz nie miało sensu, podpisał

umowę najmu i powiedział, że meble przywiezie w najbliższym czasie. W tym samym dniu przedstawił narzeczoną. Była to kobieta jak amfora pełna wina. Jarek popatrzył na nią z zainteresowaniem i pomyślał, że istotnie, ona jest w ciąży.

     Senter, jak się później okazało, posiadał już żonę i dzieci. Na razie była to tajemnica. Żartował, że tam, gdzie Kosta mieszka, listonosz nie donosi wezwań do sądu. Dlatego jest mu z nią dobrze. Jarek myślał: „Co on mówi, co on ma na myśli.”

     Po tygodniu Jarek i jego rodzice zorientowali się, że coś tu nie jest w porządku. Wadim mebli nie przywiózł. Rowerem też nagle przestał jeździć. Przyjechał taksówką. Usprawiedliwiał  się, że miał  problemy z samochodem i niebawem meble dostarczy. Po dwóch tygodniach Sternikowie zatelefonowali do jego narzeczonej, Konstancji. Kosta przeraziła się i w popłochu powiedziała, że to nie jest jej narzeczony  a ona zaszła w ciążę z konduktorem w pociągu relacji Świnoujście-Przemyśl. Wtedy Marta zapytała, jak się znalazła w Chorzowie, skoro… Kupa wariatów. Nie usłyszała odpowiedzi. Uzgodniono jednak, że meble będą dowiezione na drugi dzień. Kosta miała to załatwić. Wadim zjawił się u nich jeszcze raz i powiadomił Martę, że meble zostały uszkodzone i on je dał do naprawy. – Będą jak nowe, proszę się nie martwić.

     Dni mijały i znowu nic się nie działo. Zniecierpliwiony Jarek przyjechał na ulicę Poety Pod Lipą i stwierdził, że mieszkanie jest puste. Nie było też żadnej informacji, kto naprawia te meble. Żadnych możliwości kontaktu. Brzydko mówiąc poczuł się jak wypatroszony wieprz. Poszedł na policję i zgłosił, że prawdopodobnie meble skradziono, bo w mieszkaniu ich nie ma, a niemożliwe, aby wszystkie zostały uszkodzone. Zmartwienie kłuło. Marta rozpłakała się i myślała, jacy oni wszyscy są naiwni. Całą rodzinę przesłuchano na komisariacie. Wezwano również Wadima. Sternikowie dowiedzieli się, że on ma już na karku inne wyroki. Ale najpierw policja musiała go szukać, bo podał zły adres. Następny adres też był zmyślony.  – To człowiek wiary: jeżeli powie, że mieszka na Księżycu, a nie mieszka, to wierzy, że inni są przekonani, iż on mieszka na Księżycu i jemu uda się uniknąć konsekwencji – powiedział Jerzy.

     Marta patrzyła na swoje drżące ze zdenerwowania ręce i nie wiedziała, co z sobą począć. Do tej pory paliła papierosy.

 Nie dużo – jeden po śniadaniu, drugi i trzeci przy kawie, czwarty po obiedzie i piąty po kolacji. Sięgnęła po paczkę cameli. Odłożyła. „Muszę coś zrobić. Nie będę ulegać temu złodziejowi. W ogóle przestanę palić.”

     Czy da się mniejszą troskę zagłuszyć większą troską innych ludzi? Marta bardzo przeżywała utratę zabytkowego mienia. Związana uczuciowo z domem rodzinnym, jeszcze czuła jak osoby z tamtej strony chodzą między meblami, chociaż dawno zmarły i słyszała w sobie jak radośnie mówią, że mają dokąd wracać. A gdy meble znikły, to jakby naprawdę oni odeszli. W mieszkaniu było też pianino, ale nim facet się nie zainteresował. Trudno kochać muzykę będąc złodziejem i z miłości do muzyki ukraść pianino? Szybko zmieniono zamki w drzwiach i Senter już się nie mógł dostać do mieszkania. Bo jak podejrzewano słusznie, próbował.

     Umowę zerwano. Mebli szukali po różnych antykwariatach nie tylko w Chorzowie. Znaleźli kredens i kredens pomocniczy z pokoju stołowego, umieszczony w sklepie naprzeciw teatru, także stół tam był. Tak więc w końcu część przeszłości udało się umieścić w zamku – jak mówiła za mamą Lucyna – przy ulicy Kosów. Odnalazło się także sześć krzeseł. Ale Duchy tu się nie przeniosły, bo nie znały adresu. Od razu na małym kredensie zaczęły kwitnąć fioletowe storczyki. To z powodu częściowej radości. Odnowienie mebli, które odzyskano, kosztowało ponad dwa tysiące złotych. Policja, zanim odebrano antyki, zabroniła antykwariuszowi ich sprzedaży.

     W sądzie przesłuchano dwóch antykwariuszy. Ten drugi sprzedawca zabytków był trudniejszy. Sprzedał gabinet ojca Marty i tych mebli nie zwrócił, bo antykwariusz zapisuje od kogo przyjmuje meble, ale nie notuje komu je sprzedaje. On miał prawo nie wiedzieć, że to kradzione. Nie jest wykrywaczem kłamstw, rzekł bezczelnie. Był zbyt pewny siebie i to oskarżyciela wkurzało, ale nie miał na niego sposobu. A jak było naprawdę? Nie wiadomo. Jemu się na tyle powiodło, że nie spadł mu włos z łysej głowy. A powinien.

     Wadimowi czyli Senterowi udało się sprzedać meble podstępnie, bo przyprowadził antykwariusza do domu, gdzie wynajął mieszkanie i ten mu uwierzył, że to są jego antyki.

     W sądzie osamotniony Wadim bronił się i próbował zrzucić winę na Sterników. Jego mecenas był bezradny.

 Senter powiedział, że Marta wyrzuciła z domu jego narzeczoną – kobietę w ósmym miesiącu ciąży, co było nieprawdą.

Natomiast prawdą było, że Jarek odwiózł ją do domu na ulicę Poety Pod Lipą. Wkrótce Wadim zamieszkał w więzieniu. Więzienie to też interes. Kto wie, może i naczelnik… da zarobić.

     Facet skazany został na pięć lat w zawieszeniu i piętnaście tysięcy złotych odszkodowania dla Sterników, ale ponieważ zamknięto go za inne przestępstwa, tych pieniędzy Sternikowie nie otrzymali i pewnie nigdy nie zobaczą. Komornik nie ma z czego ich wyegzekwować. Negocjować nie ma z kim. Nie wystarczą ostre słowa gniewu. Zawieszony wyrok dynda nad nim, a ten drugi musi odsiedzieć.  

     Jerzy czasem powtarzał, że człowiek nigdy nie będzie lepszy, i dodawał, że jeżeli państwo nie wydaje pieniędzy na oświatę, to wydaje na więzienia. Lucyna, która jest psychologiem, tylko jednego się obawiała: aby Senter się nie dowiedział, że ona z takimi jak on musi rozmawiać, bo taką ma pracę. I nie powie, że nie lubi tej pracy.

     – W jaki sposób wyzwolić się z tego zła? – pytała Marta.

     Don Kichot Cervantesa nadal nie śpi spokojnie, bo walka z przestępczością wydaje się być do końca świata… walką z wiatrakami.

    Dym z niejednego domu jednorodzinnego nadal powoli i swobodnie, nie plącząc się między przechodniami, opuszcza paleniska domowe nie bardzo grożąc smogiem mieszkańcom górskiej osady, jak to jest w Karpaczu: Wystarczy wjechać na Małą Kopę i popatrzeć           w dół… Jest już po wszystkim. Tak się przynajmniej wydaje.

     Marta długo nosiła w sobie przykrą przygodę. Zatroskana „całością problematyki” i sprawą tego, jak mu tam, Wadima albo lepiej niech będzie Sentera, czasem podjeżdżała na Zawodzie i zatrzymując się na ulicy Ptasiej, szukała swojego domu po drugiej stronie doliny Wisły, jakby chciała spojrzeć na niedawną przeszłość z pewnej perspektywy. Wtedy Mała Czantoria prawie drżała, czując na sobie wzrok Marty. W końcu podziwiając krajobraz Marta zapominała o Wadimie i meblach, które były dla niej takie ważne. Podziwiała piękno wybranego miejsca i znowu zastanawiała się, czy zapalić papierosa. Wadim uosabiał zło i gdyby zapaliła, to znaczyłoby, że go nie pokonała. Nie zapaliła.

     Wadim już nikogo nie może głaskać spojrzeniem i topić się w oczach rozmówcy, czym zwodził i zyskiwał przychylność, która tępiła na pewien czas narzędzia obrony. Ale pewnie wie, że mógłby się zmienić i być człowiekiem. 

 Wreszcie pewnego letniego dnia, na kolejnym przyjacielskim spotkaniu, w przypływie szczerości albo chęci pozbycia się ciężaru,  a może rozdzielenia go dodatkowo na kilka głów, Marta opowiedziała swoim przyjaciołom z Chorzowa i pani Joannie Blachnik o kradzieży dębowych mebli. Nie wywołało to jednak już takiego wrażenia, jakiego można by się spodziewać, gdyby przyjaciele usłyszeli o tym zaraz po zdarzeniu.    

     Pani Joanna, która bywa w domu Sterników, słysząc o draństwie Wadima, nie przypomniała sobie, co powiedział Michał na lekcji przyrody. To było tak dawno temu…

                                                                                  2008

Opowiadanie z tomu Eugeniusza Rychlickiego „Rezonans napięć”

Stare nawyki

 

 Wzrasta liczba oczekujących na nową

strugę obiecujących postanowień,

 

takich bez względu na realność utopii.

Bez wielocyfrowych plików

banknotów świat się łatwo rozkleja.   

Wciąż nie udaje się zatkać dziury rozczarowania.

Czy zaczopować Internet i zaczekać na efekt…

  

Stado gołębi parkowych pasie się na ścieżce.

Wśród nich synogarlice i grzywacze,

zbierają ziarna rzucone przez miłośników ptactwa.

Wystarczy jeden gest, aby zerwały się do lotu.

Ty zrywasz się bez przyczyny i miękniesz…

 

Dokąd? Z taką łatwością zrywane są obietnice.

 

Obecnie za tysiąc mil, za pięć kolacji, po trzech

westchnieniach można wszędzie się wybrać. 

Niczego nie otrzymać.

Poruszać się w pustce.  

              

Zamknąć się we własnym mniemaniu  

i złożyć podpis pod e-entuzjazmem.

Ale i tak potrzebne będą kolejne pliki

banknotów na dalszy ciąg…

Zatem opłaci się napełnić żagle

odwagą i ruszyć na trasę.

                                                                 2007-01-27

 Z tomu Eugeniusza Rychlickiego „Chcąc nie chcąc”

Korzenie

  

     Pełnia lata zieleniła i złociła parter lasu i jego korony. Rozpostarta na czubkach sosen i dębów, rozłożona nad jeziorami i polami z dojrzewającym żytem, nad łąkami z pasącymi się krowami, gdzie i kozy się pomieściły, ledwo tolerowane przez wytrawne dójki, z psem pasterzem obiegającym stado, i pobekiwaniem kszyków w czasie godów, śmigających lotem koszącym nad torfowiskami – uspakajała i budziła nadzieję. Na polnych drogach panował spokój; falowało powietrze od słonecznego ciepła; zboże słuchało szmerów wiatru i poddawało się jego powiewowi. Gdzieniegdzie bielinek zwodził sam siebie, krążyły owady nieustannie penetrujące kielichy kwiatów… W domach niepokój, chociaż trudno poznać; w niektórych oczach smutek, zadumanie, zatrzymanie marzeń w potrzasku. Cóż to się dzieje niemal od roku? Mieszkańcy wsi czuli nacierającą grozę, ból i rozpacz.

      Nie trzeba było długo czekać, zaledwie kilka tygodni, by coś się stało. Tylko w dwóch miejscach we wsi można było się zorientować, że zło wdarło się do wnętrza domów, przyszło na świat razem z zachodnim wiatrem. Weszło w ludzi i pozostawiło ślad: resztki zwalonej figury z Matką Boską i pod lasem – kikut po stojącym tam jeszcze tak niedawno krzyżu. Ale mimo to, pomijając stan ludzkich uczuć, życie zajmowało, jak zawsze, wszystkie wolne miejsca, chociaż z narażeniem na niebezpieczeństwo poniesienia śmierci. Cóż się zatem działo? Czy może dzieje? W odległych przestrzeniach nad ziemią, na jej powierzchni i wodzie ginęli ludzie, zgodnie ze złą wolą tych, którzy wynoszą się ponad wszystkie ziemskie sprawy. Krzątanina niby taka sama: po izbach biegają dzieci, wybiegają na dwór z ostatnim kawałkiem chleba… gotuje się kartoflanka, gnój  z obory wywozi na taczkach spocony starszy mężczyzna.

      Zbrojna napaść na spokojny kraj tych, którzy wyhodowali u siebie żmiję i ta wymknęła się spod zdrowego rozsądku i kontroli, wydawałoby się, ludzi rozważnych, myślących i tolerancyjnych, o bogatej przeszłości kulturalnej. Zaczęła kąsać, pluć jadem i zabijać rzekomo dla dobra jadowitych żmij, wciągniętych masowo w nienawiść i zbrodnię.

      Wielce oczytany sołtys z Gołąbek uprawiał działkę ziemi, pracował w lesie, opiekował się wraz z żoną gromadką dzieci, aż wyrosły na dojrzałych ludzi i chodził regularnie do kościoła, najpierw w Strzyżewie Kościelnym, a potem w Gościeszynie. Przeżył już jedną wielką zawieruchę wojenną i ta nie wydała mu się podlejszą. Miał swój sposób na odsunięcie się od tego piekielnego zgiełku. Tak czynił, aby chociaż na chwilę mógł uciec w świat fantazji, splecionej z rzeczywistością. Jego wielką miłością były opowieści, które tworzył w oparciu o zasłyszane legendy, autentyczne przygody i „prawdy wymyślone”. Przeczytane powieści traktował po swojemu, dopisując do nich własny dalszy ciąg, lub zmieniając ich wątki, przyspieszając akcję albo też dodając własne przeżycia. Chętnie przedstawiał je znajomym, chociaż nie zawsze się to udawało. Trzeba mieć słuchaczy, odpowiednie predyspozycje i ochotę… On miał… Dzięki tej pasji czuł się bardziej wolny niż inni.

      Był na przeszkoleniu dla pracowników leśnych i znał się nie tylko na wycinaniu drzew, lecz także na ich sianiu i sadzeniu. Zakładał pepiniery i nimi się opiekował. Można powiedzieć, że to człowiek używający narzędzia myślenia i wyobraźni w zgodzie z własnym rozumieniem świata. To człowiek oświecony. W młodości,  w okresie, kiedy towarzystwa wielkopolskie szerzyły oświatę, aby lud Boży mógł łatwiej opierać się pruskiemu zaborcy, dążącemu do całkowitej germanizacji Wielkopolski, on wiedział od razu, co powinien robić. Nie tylko nauczył się czytać, ale zdobył zamiłowanie do obcowania ze słowem drukowanym i chętnie dzielił się tym, o czym się dowiedział. Toteż organizowane przez niego zebrania gromadzkie cieszyły się dużą frekwencją. Pisząc kurendę, dodawał w niej zawsze jedno – dwa zdania takie, które zaciekawiały chłopów, robotników leśnych i komorników. Aby dowiedzieć się reszty, szli na spotkanie  z sołtysem. Z normalnej informacji tworzył opowiadanie, które często trzymało wszystkich słuchaczy w napięciu. A kiedy nie było właściwego zakończenia, mówił wtedy: – No to, chłopy, doszliśmy do kufla piwa. Ponieważ zebrania często odbywały się w sali zajazdu Feliksa Zarzeckiego, karczmarz tylko na to czekał. Natychmiast podawał. – A kto płaci? – pytał czasem. A na to sołtys: – Jak to kto, raz w roku karczmarz, a raz w roku sołtys. Na kogo więc dzisiaj wypada? Na karczmarza wypadało dwa razy w roku. Jak to obliczyli nie wiadomo. Za to on nie miał problemów z sołtysem. Jak chciał drzewo z lasu, ten przez leśniczego w mig mu załatwił, ale też wykorzystywał sytuację, że w sali zebrań zbierali się również pracownicy z nadleśnictwa oraz leśniczowie, u niego odbywała się też aukcja drewna. Przyjeżdżali ludzie z pół krainy. Dlatego zdarzało się i tak, że karczmarz oświadczał, że piwa już nie postawi. Miał swoich znajomych gdzie trzeba. Sołtys nie znaczył tyle, co nadleśniczy. – Wiecie, dlaczego? – pytał, a ludzie udawali, że nie wiedzą. Sołtys posiadał jednak autorytet, od niego wiele przecież zależało. Niektórzy żartowali, że na zebrania lud przychodzi z powodu tego piwa, a nie  z powodu mądrości i opowieści pana Michała Kwaśniewskiego oraz ważnych spraw. Ale to są tylko plotki. Gorzej gdy zebranie odbywało się w nowej szkole, wybudowanej w 1902 roku w środku wsi. Wtedy piwa nikt nie pił. Za to częstowano książkami, na początku wojny również niemieckimi, na które chłopi piśmienni mieli długie zęby. Ale to było prawie rok temu i trwało niedługo. Siłą rozpędu próbowano i w tym wojennym czasie jakoś żyć i na początku wojny, gdy po kilku miesiącach przysłali do szkoły taką jedną jędzę, bijącą polskie dzieci kijem po palcach, pochodzącą z sąsiedniej wsi Ławki, chętnie brali niemieckie książki, przemycając w tajemniczy sposób również polskie, których nie zdążono wyrzucić ze szkolnej biblioteki. Do pewnego momentu pruscy biurokraci dawali się oszukiwać. W ręku książka niemiecka, a pod koszulą polska. To było jednak dobre dla obu stron, bo chłopi coraz lepiej porozumiewali się również z niemieckimi kolonistami, których tu z pasją osiedlano w ubiegłym wieku w połowie wsi. Poza tym jak zakazywano czytania po polsku, to czytali… po polsku.

      Wspominając dawne, przedwojenne czasy, trzeba powiedzieć, że najpierw wszyscy mieszkańcy wsi byli wrogami niemieckich osiedleńców. Z biegiem lat jedni drugim mogli i chcieli służyć pomocą. Jeżeli zechcieli, ponieważ bywało, że okazywano swoją niechęć obustronnie w szczególny sposób. Durlaki do paki, albo: Durlaki  w krzaki – krzyczeli po kilku butelkach złocistego napoju. Durlaki to właśnie niemieccy  koloniści. Mieszkali nie tylko w Gołąbkach, ale także w Jastrzębowie czy w Strzyżewach. W czas wojny zmieniło się na gorsze i część z nich zmieniła swój stosunek do Polaków, jedni, bo czuli się nazistami, inni, bo bali się gestapo i hitlerowskiej policji.

       Pan Michał lubił dzieci i młodzież, i spotykał się z dowodami sympatii z ich strony. Potrafił odezwać się do wyrostków i zawsze go wysłuchali, niezależnie od tego czy byli wściekli, czy wybuchali śmiechem i dodawali komentarze.

      Przed wojną do wsi zabitej deskami, odległej od Trzemeszna o 12, od Gniezna o 18, a od Mogilna o 16 kilometrów, przyjeżdżali rowerem albo bryczką, tylko szkieł czyli policjant, komornik albo handlarz skupujący bydło i trzodę chlewną. Komornik, gdy komuś odbierał jakieś marne dobro. Policjant z urzędnikiem lub sam. Sołtys stawał wtedy na drodze i jak lew bronił swoich członków sołectwa, chociaż nie zawsze się udawało wywieźć komornika na taczce, a sołtys nie mógł dawać złego przykładu. Szkieł również nie czuł się pewnie i niezbyt skutecznie pomagał komornikowi. Ale gdy przyjechał sam, siedział na piwie i wypytywał o wszystkich mieszkańców. W takich sytuacjach szef zajazdu pilnie wyjeżdżał swoją dwukółką załatwić ważny interes, a jego żona mówiła nieustannie o pieczeniu i gotowaniu, co policjanta doprowadzało do szewskiej pasji i szybko opuszczał wieś.

      Drugim mieszkańcem wsi, posiadającym zakorzenioną wiedzę z różnych dziedzin, ozdabianą anegdotami, przemyśleniami, dowcipami, był Robert Wiśniewski, ojciec czworga dzieci, który wraz ze swoją rodziną wrócił w latach dwudziestych z Ameryki i nigdy już nie miał tyle pieniędzy, aby mógł  jeszcze raz popłynąć do „utraconego raju”. Jak wielu ludziom, tak i jemu nie zawsze się udawały różne przedsięwzięcia, czego dowodem ów raj za oceanem. Ale w tym czasie, gdy Ziemia płonęła, kto mógłby się odważyć na ryzykancki skok przez wielką wodę.

      Oto jednego lata zdarzyło się coś nadzwyczaj zwykłego. Był rok 1940 i zgodnie ze sztuką pielęgnacji lasu, przyszła kolej żeby ze zrębu, który już od ponad roku od ścięcia starych, potężnych sosen, straszył niby ściętymi głowami, usunąć pnie, wyrudować je jak korzenie zębów, wyrwać i zasypać zębodoły, przepraszam, karczodoły, wyrównać, zaorać, porobić bruzdy i zasadzić nowy las sosnowy. Albo może nawet na rok wynająć bezrolnym ziemię pod uprawę ziemniaków, gdyby ktoś chciał i nie bał się, że mu dziki wyjedzą pyrki co do jednej… Albo posadzić pyrki dla dzików, albo zasiać łubin żeby sosenki lepiej rosły, bo w korzeniach tych roślin gromadzi się nawóz azotowy.

       Był początek lipca. Armia hitlerowska kroczyła naprzód, rozlewając się po całej Europie i strasząc widmem śmierci. Odnosiła sukcesy na wszystkich frontach wojny. Świat przeżywał tragedię i męki, ale gdzieniegdzie życie jeszcze funkcjonowało jako tako, służąc okupantowi w zapewnieniu niezbędnych surowców. Las taką rolę właśnie spełniał. Do wszystkiego brakowało ludzi. Aby niewolny naród polski nie podnosił głowy wykorzystywano go do najpodlejszych zajęć, nie mówiąc o likwidacji jednostek zbyt silnych i nieugiętych. Odpowiednią robotą było karczowanie pni po wyciętych  wcześniej wspaniałych sosnach, chociaż ta robota to tylko drobne zadanie. Głównie zajmowano się wyrębem lasów sosnowych i liściastych.

      Działały już na terenie Polski obozy koncentracyjne i na skalę przemysłową likwidowały ludzi, którzy według wymyślonej dla tego celu teorii, byli rasą niewolników i podludzi. Część wywieziono do fabryk zbrojeniowych. Młodzież została zabrana na służbę w niemieckich gospodarstwach rolnych, a ci, którzy walczyli we wrześniu 1939 roku, jeżeli nie zginęli, przebywali w hitlerowskich obozach jenieckich lub odtransportowano ich również do zakładów produkujących środki zagłady i do gospodarstw niemieckich farmerów na terenie Rzeszy. W domach pozostali na razie niektórzy mężczyźni, przydatni jeszcze do roboty w lesie. Wielu udało się też uciec do partyzantów w lasach albo na zachód, by tam wstąpić do sojuszniczych armii i walczyć z wrogiem.

      Już prawie rok minął od bohaterskiej śmierci tych, którzy chcieli się przeciwstawić hitlerowskiemu najeźdźcy: Stanisława Gierusa, Wojciecha i Nikodema Grajkowskich, Józefa Łojewskiego, Stefana           i Augustyna Adamskich, ks. Antoniego Lewickiego, Piotra, Józefa  i Franciszka Kupczyków, Jana Furmańskiego, Jana i Marcina Prusów… „Przechodniu, idź i powiedz Polsce, że tu na tym miejscu zginęliśmy, wierni synowie Ojczyzny”. I jeszcze: „Odważyli się przeciwstawić przemocy znając potęgę wroga. Ich bohaterstwo jest naszą nadzieją.” Takie słowa wyryto po latach na tablicy pamiątkowej, poświęconej bohaterom, a aktywista społeczny umieścił je jako święte w referacie okolicznościowym.

      Niemiecki leśniczy gonił ludzi do wyrębu, jak nie wiem co, jednak, ponieważ był sam i musiał objechać rozległy teren, wszyscy, którzy pracowali w lesie, odczuwali pewną swobodę, nie musieli się bać, że nagle wpadnie wściekły jak pies i zacznie przezywać drwali  albo jeszcze gorzej. Nie było też w tym rejonie partyzantów, którzy mogliby skrócić okupantom życie, zarazem sprowadzając za sobą hitlerowskich zbirów, siejących zagładę.

      Czy w taki czas najlepiej snuć marzenia, opowieści, wspominki, uciekać od teraźniejszości i czekać na wyzwolenie spod okupacji, jeżeli nie można nic więcej zrobić dla kraju, jak to się niektórym wydawało, to indywidualna sprawa każdego, kto wyrabiał dopiero swój stosunek do wojny, bo był młody, lub uważał, że wie jak ma postępować.

      Dzieci już nie chodziły do polskiej szkoły. Zamknięto dla Polaków również szkoły nauczające w języku niemieckim. Zanosiło się, jak mówiono, na długie wakacje. Nieczynny był kościół w Gościeszynie, a na plebani urzędowała policja hitlerowska, zaś w bazylice w Trzemesznie urządzono magazyn i wjeżdżano do niego wozami konnymi. Zlikwidowano wszelkie polskie instytucje i zakazano organizowania zgromadzeń na wieki wieków amen.

     Na zrębie w połowie drogi do leśnictwa Sarnówko, pod leśnymi Gapkami, pomiędzy pniami w nasłonecznionych miejscach,  a także w sąsiadującym z nimi lesie dojrzewały czarne jagody i poziomki. Krzewy jagodzin wybujały się wokół pni i czerniły owocami. Poziomki, by nie zostały uduszone, przeniosły się na nasłonecznione polany, gdzie nie rosły krzewy jagód, ale i nie panoszyły się nieznośne, obce im, bezpłodne zielska. Sadowiąc się wśród leśnych krzewów czarnych jagód    i patrząc z daleka na jakby umykające poziomki, zapominało się o teraźniejszości, zakrwawionej  i prawie głodnej. Nadszedł czas, że na tej poranionej ziemi owoce rumieniły się jak dziewczęta przy kawalerach, a dzieci widząc je uśmiechały się i bezczelnie pozbawiali rumieńców, popełniając poziomko- i jagodożerstwo. Co sprytniejsze, pachnące latem, zwisające z delikatnych pręcików między uzębionymi listkami, podłużne korale, kryły się pod nimi, przylegając niemal do piaszczystego gruntu. Wiły się też i omijały przeszkody, byle zdążyć do słońca. Wolałyby nigdy nie znaleźć się w ustach zbieraczy, jednak pogoń człowieka za słodkimi, aromatycznymi i pięknymi owocami cieszyła ich, chociaż i smutek wydzierał się na cały głos. To była cena za urodę i pozytywny stosunek do leśnych uroków. Za uśmiechnięte dziecięce buzie.

      Oto na ten piękny, ciepły dzień lipca, leśniczy – niemiecki następca po Polcynie, Maks Schmitt, wezwał dwie ekipy drwali i polecił im usunięcie z całego zrębu potężne pniaki. Siedmiu ludzi przyszło lub przyjechało rowerami w towarzystwie dzieci starszych i młodszych. Michał wyznaczony został na majstra.

      W czasie wojny sołtysem był niemiecki kolonista z Ławek.

      Drwale przynieśli ze sobą łopaty, siekiery, piły i liny. W lesie leżały przygotowane wcześniej drągi. Dzieci rozbiegły się po karczowisku, by wybrać miejsca obfitujące w jagody i poziomki, i zbierać, zbierać póki ma się ochotę, piszcząc i skomląc, gdy trafiły na szczególnie dorodne, dojrzałe jagody czy poziomki. Były pełne zapału, świeże jak poranek i radosne jak fioletowe dzwonki.

      Mężczyźni porzucili sprzęt i przysiedli na pniach zapalając po skręcie. Najpierw chcieli się zastanowić nad robotą. Poza tym przeszli kawał drogi i musieli odpocząć. Nie rozmawiali ze sobą, rozglądali się po pniach, aby wybrać na pierwszy ogień najlepszy do rudowania, smolny i łatwy do wykopania. Kiedy już skończyli kopcić śmierdzący tytoń, rozeszli się po zrębie szukając najodpowiedniejszego. Czternastoletni Zbychu dziwił się, jaki to ma być ten poszukiwany. Pan Michał, który lubił też odpowiadać na pytania dzieci i młodzieży, odparł, że jest to ten, który nie siedzi głęboko w ziemi, bo jest mało ukorzeniony i jest nasycony żywicą. Właśnie, oni najpierw chcieli wykopać te, które mogły być ich dniówką i wolno im było zabrać je do domu na opał. Ojciec Józwa, Marian, nie lubił pni na opał. Zanim człowiek narąbie drew na ogień, musi się narobić jak dziki osioł, mówił. Drewno jest pokraczne, twarde, uparte jak kozioł – stawia się na każdym kroku, podbija siekierę, nie pęka i nie daje drwalowi żadnej szansy ani satysfakcji. Jak się do takiego pnia zabrać? Z której strony? Jak go wydobyć? Zenuch Grzegorzewicz uważał, że trzeba zaprosić dentystę, ten wie i może doradzić. Stary Roch, jak też nazywano byłego sołtysa, odparł: – Dowcipny mądrala się znalazł. Sam spróbuj. A Zenuch na to: – Jo bym spróbowoł, ale nie mom czym.

     – A nie mosz rąk jak podolski złodziej? No to bierz szpodel i kop, kop… 

      Chodząc między krzewami udawali, że ważne są tylko pniaki i gapili się zezując, a dzieci przypięły się do krzaków jagód i przytwierdziły już palcami do poziomek. Dla ich ojców runo leśne nie było warte zachodu.

       Po dość przecież długim okresie, mimo zniszczeń powstałych w czasie wywożenia ściętych sosen, poszycie się odrodziło i umocniło. Nawet nie spróbowali jagód i poziomek.

      Pan Michał widząc, co się dzieje i że to dość długo trwa,  sprzeciwił się dalszemu łażeniu po terenie zrębu. – Chłopy, nie łaźta, ino weźta sie za łopaty. Do wykopania jest sto pięćdziesiąt pni! Już są policzone. Mocie całe lato robote. Jak nadjedzie Schmitt, to wos przeklnie albo wyśle… do diabła.

     Zaczęli ze skraja, jak przykazał majster, ale każdy z drwali swój pniak odpowiednio oznaczył. Pierwsze cztery były łatwe do wydobycia na powierzchnię. Chodziło o to by było widać ich dzieło, na wypadek, gdyby nagle zjawił się her leśniczy. Kolejne, potężniejsze, właśnie wybrane przez drwali, zaraz na samym początku, pokazały swą moc. Nie tylko ziemia była wokół dziwnie ukorzeniona przez sąsiednie drzewa spoza zrębu, ale przede wszystkim korzenie rozłożyły się szeroko wokół pni i wchodziły mocno w ziemię. Pracowali dwójkami, gdy pniak był wielki lub w pojedynkę przy pniach „łagodniejszych”. Pierwszych pięć korzeni okopali na metr głęboko i poprzecinali siekierami, ale pień ani drgnął. „Co za cholerne sosny tu rosły” – ktoś przeklinał. Główny środkowy, pionowy korzeń był tak gruby i osadzony głęboko, że nie pomogły drągi podkładane pod niego celem jego wyważenia. To był las wyborowy. Jego wichury się nie imały, nawet konarów nie połamały. Trzeba było kopać głębiej  i dopiero podciąć jeszcze dwa korzenie i w trzech chłopa naciskając na dźwignię podnieść pień, zrywając ostatecznie wszystkie jego drobne związki z gruntem. Wydawało się, że las jęczy z tego powodu, że boli go szczęka. Korzeń jęczy, dzieci płaczą. Leśna zwierzyna kryje się z tego powodu w gąszczach.

      Marych Grzechowiak, znajdując drzazgę, od razu zdzielił siekierą pień w czoło i odłupał kawał smolnej szczapy. Powiedział:  - Dobry będzie. Dodał: – Lubię jak w domu jest ciemno, zwłaszcza zimą; po izbie latają cienie i czerwone ogniki, a w żeleźnioku trzaska ogień, podtrzymywany żywicznymi polanami. Wtedy jest cieplej i na nafcie się zaoszczędzi.

     Już po śniadaniu, po zjedzeniu kilku kromek chleba ze smalcem  i wypiciu napoju z soku wiśni, także czarnej kawy  z sacharyną, ubyło sił i zesztywniały kości. Słońce kusiło żeby rzucić tę cholerną kopaninę i położyć się w cieniu. Ale nie, Michał radził żeby nie, niech zrobią tyle, żeby wszystko było w porządku.

     Koło południa majster zarządził przerwę.

    – Nie byde harowoł na szkopów – mruczał Hendryk Grześkowiak i położył się pod świerkiem w pobliżu Grobu Francuza. 

     Było to miejsce, w którym każdy kto tu przebywał, lub przechodził tędy, zatrzymywał się i spoglądał z pewnym lękiem i zadumą na grób pod trzema świerkami; mogiła zawsze była zadbana przez anonimowych ludzi, uporządkowana, z roślinami posadzonymi u wezgłowia, rosnącymi wzdłuż grobu, pokryta również mchem od strony północnej, wciąż narastającym, mimo iż ktoś się starał, żeby to nigdy się nie stało, żeby nigdy nie zarosła. Ten grób zaciekawiał i wywoływał w każdym pytania: Kto, kiedy, dlaczego został tu pochowany? Dlaczego mówi się Grób Francuza? Albo: – Byłam dzisiaj pod Francuzem i nazbierałam malin, co oczywiście wywoływało śmiech. Pan Michał już kilka razy streszczał różne opowieści na ten temat, a czasami sięgał w głąb historii. Obok Henryka usiadł Robert. Na nich naziemny ślad po nieznanym z nazwiska człowieku nie robił wrażenia, znali jednak legendy o tym grobie.

      Dzieci nazbierały prawie po pół wiadra czarnych jagód i po ponad litr poziomek każde. Wyjątkowo dużo, bo wyjątkowo pięknie obrodziły. Umorusane na granatowo usta, pomazane policzki, granatowe zęby i języki poświadczały pobyt w lesie. Nie straciły humoru, chociaż siedziały na brzegu lasu i jakby opadły z sił. Nieco później ucichły i z pewnym znużeniem zajęte były sobą.

      Siedzieli i pozostali drwale, rzędem pod lasem w cieniu niższych sosen, graniczących ze zrębem. Na karczowisku po przeciwnej stronie sterczały wykopane pnie i pobudzały wyobraźnię Wandy, Zochy, Janiny, Wiktora, Zenucha i Franka, a także tych kilka mniejszych dzieci. One widziały w nich potwory, przedziwne stwory, dzikie zwierzęta dotąd nie odkryte, może żyjące w jakiejś dżungli, a może gdzieś w głębinach morskich. Straszyły się nawzajem. Natomiast Roman Niecikowski ujrzał w korzeniach łagodniejsze stworzenia, ale wśród nich groźnego smoka. Dość niespodziewanie się ożywił, wziął siekierę i odciął kilka jego odnóg, a może głów. – Załatwiłem potwora zjadającego niewiniątka! – krzyknął.

      – Za co ty się bierzesz! – niemal wrzasnął pan Michał. – Jeszcze nogę sobie odetniesz! Zanim jednak to powiedział, Romuś pokazał, że potrafi używać siekiery.

     Tak doświadczonego i znającego świat i historię, jak Michał i Robert, nie było w całym powiecie, powiedział kiedyś Grzegorzewicz, ale na szczęście tylko kilka osób we wsi o tym wiedziało, milcząc zacięcie, bowiem i w lesie takiego mądralę mogli wykryć okupacyjni szpicle i posłać do lagru. Toteż obaj unikali wgłębiania się  w historię i opowiadania legend i strofowania rzeczywistości przy obcych. Zawsze o tym pamiętali, ale i o tym zapominali. Wtedy byli tacy, co ich ostrzegali, dla ich własnego dobra, zdarzało się jednak, że namiętność była nieprzezwyciężona i upominanie nic nie dawało. Znajomi trzymali buzię na kłódkę, a klucz zostawiali w domu, gdy wychodzili na spotkanie z obcymi. Oni dwaj natomiast… w zależności od tego, jakie uczucie w nich przeważało, w danej chwili było najsilniejsze i w jakim towarzystwie się znajdowali.

      W 1937 roku pan Michał przebywał w Hiszpanii. Tylko tyle niektórzy wiedzieli, ale jak tam się dostał, dlaczego i czy walczył, po której stronie, czy z faszystami, czy tylko zwiedzał kraj, tego nikt nie chciał wiedzieć, nawet niektórzy miejscowi Niemcy. I musiał ukrywać ten fakt, bo gdyby dowiedzieli się hitlerowcy, to niebawem znalazłby się w Auschwitz czy Birkenau, jeśliby przedtem go nie rozstrzelali. Zastanawiał się jednak, czy nie zniknąć na czas tego nieszczęścia… To, co tam przeżył, wywarło na nim wielkie wrażenie, pozostawiło trwały ślad w pamięci i psychice. Mówiąc o czymkolwiek, po pewnej chwili wtrącał opisy i informacje z przeszłości.

      Zwykle ciekawość dzieci i dorosłych tak szybko nie ustępowała. I tym razem odezwał się do zgromadzonych pod lasem dzieci i drwali. Można powiedzieć, że w przerwach w robocie oni zbierali się na tajnych kompletach i uczyli się historii i geografii, poznawali legendy. Michał i Robert pozostawiali po sobie ślad w chłonnych umysłach. Wówczas Michał nie używał gwary. Nie pasowała do treści.

     Robert cierpliwie czekał aż Michał skończy. Był chętny do udziału w snuciu licznych opowieści i ujawniania prawd życiowych.    Żonaty, młody, pełen werwy, również z łatwością trafiał do serc dzieci i starszych. Jeśli mu się udawało szybko zainteresować grono osób, wtedy z pasją wiódł słuchaczy w przestrzeń nad lądami, w głąb historii, żartując i dorzucając swoje uwagi, jakby na marginesie.

     – Człowiek oświecony to taki, który wie, że za mało wie – rzekł pan Michał do wiary w wieku dziecięcym i do tych, co rudowali czyli wykopywali pniaki. – Nie wiem o bardzo wielu rzeczach                  i sprawach, i to mnie przeraża. Ale wiem też, że mogę się o tym dowiedzieć, chyba że nikt jeszcze czegoś nie wie. A wiemy odrobinę        w stosunku do tego, czego nie wiemy. Popatrzył na chłopców.

     – Wy możecie wiedzieć to, co ja wiem. 

     A mieli okazję usłyszeć o wielu ciekawych zdarzeniach, bo wyprawy do roboty w lesie, w towarzystwie dzieci, trwały kilka letnich miesięcy.

     Robert miał syna Bogdana, przyszedł z nim na karczowisko. Bogdan przykucnął przy starszych chłopcach, ponieważ potrafili mu zaimponować swoim wymądrzaniem się wobec dorosłych. Pan Robert skorzystał z przerwy między mądrościami, przedstawianymi przez  pana Michała i wyjaśnił dzieciom, że gdy mówimy o oświeceniu, nie chodzi nam o oświetlenie lampą naftową naszych głów. Śmiali się i słuchali dalej.

     - Wtedy mamy na myśli wiedzę, którą człowiek posiada.  – Wiem, bo byłem w Ameryce -  zaśmiał się. – Poznając świat, człowiek ma coraz większe pragnienie, wciąż mu mało. Każde z was było                      w Trzemesznie, a marzy żeby pojechać do Gniezna czy Poznania… Tam się zaczyna ten wielki świat. Teraz to jest niemożliwe i musimy niestety zaczekać… – przerwał. – Zdaję się, że za dużo szkoły… – dodał. Ale przecież szkoła zamknięta…

      Mrok okupacji, jej bezwzględność, wylewana krew, śmierć ludzi bez nadziei na wolność, to skuteczne hamulce, żeby nie wypowiadać za dużo słów. Niemalże nagle ani jeden ani drugi nie mieli ochoty na dalsze dzielenie się swoimi uwagami i doświadczeniem; tak też bywa, że nagle traci się ochotę do snucia opowieści. Chociaż dwóch chłopców stojących na czatach na leśnym dukcie nie zgłaszało niebezpieczeństwa – pojawienia się zagrożenia, cisza nie ustępowała. Obaj chyba zobaczyli przed sobą bezsens ludzkich zmagań; ból, nienawiść najeźdźcy do Polaków; odczuwali lęk przed dniem następnym… Takie przebudzenia stały się częstym sygnałem, pojawiającym w różnych dyskusjach. Ale z drugiej strony, w ten sposób rezygnuje się z życia! Ostrożność też była konieczna. Kto poddaje się złu, które nie ma racji? Z trudem, po chwili obaj z Michałem jakby się opamiętali. A może nie z trudem. Przerwali milczące zamyślenie.

     – Tak, dzieciaki, bądźcie szczęśliwe, że możecie jeszcze zbierać jagody, że jesteśmy jeszcze razem. W niedalekim czasie różnie może być… – ostrzegł pan Robert.

     Marian stojący na czatach zaczął wymachiwać ręką. Bogdan pobiegł zobaczyć, co się dzieje.

     Drogą w ich kierunku biegł średniej wielkości pies. Trochę węszył i znowu biegł, znowu powęszył i biegł. Był coraz bliżej. Bogdan natychmiast go rozpoznał.

     – To Szarek Kaczorowskich – powiedział. – Przybiegł do mnie. To ci pies… Jak on nas tu znalazł – dziwił się.

Ojciec zaraz go poprawił: – Nie do ciebie. Przyleciał za Azą Grzechowiaków – Psy wiedzą, gdzie koza ma miód – żartował.

     Dzieci tego nie zrozumiały. Aza tymczasem, o której nie mówiliśmy jeszcze, poczuła, że zbliża się przyjaciel i zaczęła się szarpać na łańcuchu, była bowiem  przywiązana do młodej brzozy, żeby czasem nie zachciało się jej hasać po lesie. Psów luzem nie wolno było puszczać. No, chyba, że nikt nie widział. Leśniczy miał prawo zastrzelić, ponieważ płoszyły zwierzynę, a nawet zagryzały młode zające i ptactwo. Właściciel psa mógł zostać surowo ukarany.

      Bogdan był ciekaw, dlaczego Szarek przybiegł do lasu, chociaż nie do niego, a najbardziej z wszystkich właśnie jego znał i chyba lubił. A poza tym, jak on mógł ich znaleźć, przecież oni byli oddaleni od domu o ponad pięć kilometrów. Ojciec Bogdana, Robert, wyjaśnił: – Psy mają węch lepszy od ludzi, co najmniej tysiąc razy! Ale to też jeszcze nie powód. Niektóre zapachy ich drażnią. Pamiętacie, jak Korek Byczyńskich ugryzł listonosza? To dlatego, że pewnego razu listowy ubrał coś takiego na siebie, co Korka wprawiło w złość. I on to załatwił krótko: wyładował się na łydce listowego.

      – No a dlaczego Szarek tu przyleciał? – zapytał Romek.

      – Za Azą. Ona jest tu najważniejsza, jest suką. Akurat wydziela taką substancję zapachową, która interesuje psy. Wszędzie, gdzie się porusza zostawia nikły ślad, wystarczający do jej odszukania. Akurat    w tych dniach…

      - Niemożliwe – dziwiła się panienka Zosia. – Ciekawe, czy chłopcy potrafią w ten sposób znaleźć swoją dziewczynę – uśmiechała się i  spoglądała na Romana.

      - Wiecie co, ja mam genialny pomysł – ożywił się Bogdan.  - Gdybyśmy się posmarowali tym czymś, czy skropili jak perfumami, to taki Szarek znalazłby nas wszędzie, na przykład gdybyśmy zginęli w lesie.

      – Wspaniale – pochwalił Michał. – Tylko jak to zrobić?  Twoja myśl jest odkrywcza. – Nie wiadomo jednak, czy ktoś już nie wpadł wcześniej na ten pomysł i go nie wykorzystuje. Na pewno można by stosować kombinację takich zapachów.

Reszta dzieci natychmiast zareagowała inaczej: – Bogdan odkrywacz – śmiały się i pozazdrościły koledze. Grześkowiak polecił Bogdanowi żeby uwiązał Szarka w pobliżu Azy, w bezpiecznej odległości, żeby się nie sprzęgły.

Mały Maryś zapytał: – Dlaczego psy się sprzęgają?

      - Ale jesteście dziećmi! – zganił Michał. – Chodźcie tu bliżej – zawołał.

      Spojrzał na wyraźne kontury lasu oddzielającego ziemię od błękitu nieba, zastanawiając się, co powiedzieć.

      - Człowiek powinien przenosić się do miejsc, w których chce przebywać, o których wie i marzy. Takich miejsc jest na Ziemi bardzo dużo. Zwierzęta też tak czynią. Szarek podąża za Azą… A teraz musimy myśleć o przetrwaniu. Co nas psy obchodzą – rzekł z naciskiem.

     - On był ciekaw, dlaczego psy się… – przypomniał Wiktor.

     - Bo czasem to lubią – odparł Grzechowiak.

      Ci co palili skręty z wyhodowanego przez siebie tytoniu, rzucili niedopałki i splunęli przed siebie, zadeptali je dla bezpieczeństwa lasu. Wprawdzie paliło tylko trzech, jednak wszyscy tak się zachowywali, jakby zauważyli partyzanta, a nie resztę papierosa. – Co was tak przeraziło? – zapytał pan Michał. – Nie bójcie się, nie namawiam do party… cypacji… zantki… Ale o swoje trzeba dbać walcząc… trzeba dbać o swoje, inaczej nie osiągniemy celu. Co jest naszym celem?

     - Wykopać wszystkie pnie z ziemi – szybko odpowiedział Wojciech Murawski.

     – Naturalnie, a ty co myślałeś? -  śmiał się Robert. 

      Dziewczynki przyglądały się chłopcom, chichocząc, oceniały bowiem, który z nich jest już na tyle dojrzały… co one. Po miłym wypoczynku, przed którym trochę przywiędły, zaczęły się odzywać w nich pokusy cielesne, jeszcze niezrozumiałe, wciągające w wir myśli o tym, co zakazane, niejasne – czyli o przeciwnej płci. Nieokreślone, palące pragnienie drążyło ich ciało. Michał to od razu zauważył. Szybciej dojrzały niż chłopcy. Udawał, że wszystko w porządku. Niezależnie od tego czy jest wojna, czy pokój, ciało w pewnym wieku zaczyna pulsować i upominać się o zaspokojenie pragnienia, o równowagę. O dążenie do celu i jego osiągnięcie. Niezwłocznie, jak najszybciej. Niewątpliwie najdłuższe jest oczekiwanie. Co z tym zrobić? Nawet na chłopów lubiły popatrzeć, jak który potrafił zademonstrować siłę mięśni rąbiąc korzenie. Pan Michał, jako senior tej chwilowej zbiorowości, o tym wiedział jak każdy ojciec, którego dzieci weszły w odpowiedni wiek lub go przekroczyły. Nie miał zamiaru przeciwdziałać, bo nie było przeciw czemu, ale chciał zainteresować czymś innym te umorusane, ładne buzie.

      Zosia sporo wiedziała o kamieniach ozdobnych i o tym, że bogaty chłopak mógłby taki kamień dziewczynie sprezentować… i o strojach, i o tym, że chłopcy lubią dziewczęta. Pan Michał nie interesował się świecidełkami. Dzieci, jak dzieci, ich czas wojny jakby mniej dotyczył, nie imał się, jak na razie, ale to tylko takie odczucie w pewnych okolicznościach. Popatrzył na dziewczynę i czekał co powie. Na pewno chciałaby coś powiedzieć.

      Gdy nauczyła się czytać, pierwsze kilka zdań poświęciła kamieniom, bo jej mama interesowała się biżuterią.

     – Lubię świecidełka – rzekła wesoło.

     Pan Michał więc rzekł: – Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Nie znam się na tym. I zanim zdążył się połapać  w sprawach kamieni, Zocha już opowiadała Wandzie i Janinie: – Podobno teraz można dość łatwo zdobyć kamyki, ino trzeba wiedzieć gdzie i od kogo – zaczęła, bawiąc się gałązką jagodziny.

     - Jakie kamyki? – zapytała Wanda.

     – Co ty. Nie wiesz? – żachnęła się Zocha. – Kamienie ozdobne.

     - Mój tata jest w lagrze w Niemczech, a ja mam się zajmować kamieniami ozdobnymi? Chyba zbzikowałaś.

     – Za kamienie można teraz wszystko kupić. Jedzenie… nawet wyjść z lagru. Widziałam już różne, a nawet czytałam w takiej gazecie… Tam było tak uczenie napisane, że różnią się… jeden od drugiego, formą kryształów, to nie wiem, co to znaczy, łamliwością i załamywaniem światła, też nie wiem, są twarde i w dużym stopniu przezroczyste. Błyszczą, czarują i przyciągają nasz wzrok. Są czarodziejskie.

     – I co z tego? – wątpiła Janina. – Nie znam się na tym.

     – Kiedy zapytałam panią w szkole – kontynuowała Zosia – powiedziała mi, że mam się zająć polskim, jednak potem wyjaśniła, że kamienie ozdobne dzieli się na kilka grup. Do pierwszej zaliczane są diament, rubin, szafir i szmaragd, nie wiem jaki jeszcze… Do drugiej grupy mniej twarde, takie, jak topaz, turmalin, opal, akwamaryn… Jeszcze turkus i chryzolit w dalszej grupie, w czwartej ametyst, kryształ górski, jaspis, chryzopas, onyks, agat – nie mam pojęcia, co to za kamienie mniej szlachetne… i wreszcie nefryt, malachit i lapis… las… lazuli… Chciałabym je kiedyś wszystkie nie tylko zobaczyć                i zobaczę. A perły i korale nie są minerałami – zakończyła.

     Pan Michał i Grześkowiak patrzyli na Zośkę ze zdumieniem. Grześkowiak powiedział: – Musiałaś niektóre widzieć, że tak ci się spodobały i wiesz pewnie o nich więcej niż z gramatyki. Te kamyki potrzebują oprawy – wyjaśnił. – Potrzebne jest do nich złoto. Za złoto kupisz życie. Nie zdajesz sobie z tego sprawy. Złoto to bardziej nieszczęście, niż cel życia. A poza tym, dziecko, czego mogłaś się nauczyć w czteroklasowej szkole. Dziwię się pani – ganił pan Michał. – Dobrze, że chociaż umiesz czytać i pisać.

     – Mama lubi takie błyskotki. Jak będę starsza, to też będę… – nie dokończyła.

     Oba psy zaczęły mocno ujadać i postawiły wszystkich na nogi. Michał zdążył powiedzieć: – Chłopy, do roboty, i natychmiast drwale porwali swoje siekiery i drągi, i stanęli przy pniach. Roman znowu zdzielił siekierą w wystającą część pieńka, że odłupał kawał drzazgi. Dzieci przestraszone, pobiegły pod krzewinki jagód i próbowały zbierać czarne kuleczki, spoglądając w stronę psów. Nie rozmawiały ze sobą.

     Michał podszedł do psów i popatrzył, w którą stronę szczekają. Było do przewidzenia: zwrócone były do pobliskiej gęstwiny z jałowców i kilku drzew jarzębiny. Wołał do nich, że mają się uspokoić. Nadal szczekały i chciały się urwać z łańcucha. Obaj z Grześkowiakiem wydedukowali, że to nie może być człowiek, tylko jakiś zwierz, może jakiś odyniec, co byłoby zaskakujące, bo powinien uciekać. Do Michała podszedł Grzechowiak. Wpatrywali się  w przestrzeń między sosnami, chcąc dostrzec, co tam takiego się dzieje. Psy po pewnej chwili się zniechęciły i tylko poszczekiwały. Widać „to coś” się oddaliło, Ależ nie… Grzechowiak dojrzał w głębi poprzez krzewy, że poruszyła się jakaś postać. A Grześkowiak wziął swoich dwóch pomagierów i zabrali się do pracy. Nie wiadomo, kto to jest. „Na pewno nie okupant” – pomyślał. „Błąkający się człowiek, którego poszukują hitlerowcy” – dopowiedział sobie w myślach. Grzechowiak wszedł ostrożnie w las i stanął za sosną. Chciał być niewidoczny tak przez swoich, jak i przez psy. „Może wtedy ten człowiek się ośmieli i podejdzie” – myślał. I rzeczywiście, ów nieznajomy, młody mężczyzna w towarzystwie kobiety i chłopca, a może dwojga dzieci, miał zamiar coś powiedzieć. Podszedł bliżej nie ukazując wyraźnie twarzy i się odezwał: – Zbieramy jagody. I tylko tyle. Starał się, aby go nie zapamiętano.

     – Ach tak – zdziwił się Grzechowiak. – Myślałem… Nieznajomy nagle się oddalił, a Michał i Grzechowiak nie uwierzyli w te jagody.

To byli biedni uciekinierzy – powiedział Grzechowiak. – Na pewno Żydzi… Jakby im pomóc? W czas wojny wszystko jest podejrzane i można się spodziewać przykrych niespodzianek. Najważniejsze jednak, że to nie jacyś groźni ludzie.

      – W ubiegłym tygodniu taka rodzina szła wieczorem przez wieś. Weszli onieśmieleni do nas… Tacy niepewni, że aż mi skóra ścierpła – mówił Robert. – Daliśmy im bochen chleba, żona upiekła z ostatniej mąki, to było zdaje się w środę…

      Teraz wtrącił się Grześkowiak. – Moja też im dała.

      Pan Michał na to: – Też bym dał. Tacy wszyscy jesteśmy, chociaż czasem się kłócimy.

      Po krótkiej przerwie wszyscy zajęli się robotą i o opowiadaniach Michała nie było mowy. Pan Michał mógł poczuć się niewykorzystany. Bo tyle gadania o baśniach, przygodach, oświacie, a później nic z tego nie wychodzi. Ale nie pomyślał w ten sposób. Na opowiadania przyjdzie jeszcze czas – wyszeptał.

     Dzieci dozbierały jagód i pachnących poziomek do pełna, drwale wysadzili z ziemi kolejne pnie. Pora więc na powrót do domu. Słońce było jeszcze wysoko, wydłużyło tylko cienie drzew i przesunęło się w stronę zachodu. Nie mieli jednak zamiaru przebywać w lesie do wieczora.

     Leśniczy już się nie pokazał, chociaż na pewno przyjechał później  i skontrolował robotę wykonaną przez robotników.

     Przygotowali się do powrotu do domu.

     Każdy z nich niósł na barach lub przełożył przez ramę roweru  albo oparł na pedałach worki z suchym drewnem lub sękami i drzazgą. Opowieści pana Michała musiały zostać odłożone, chociaż… nie tak zupełnie. Nie miał okazji mówić im o świecie z książek i jego wyobraźni, ale może, co się odłoży, to jednak nie ucieknie.

     Utworzyli podwójny szereg na leśnej drodze; dzieci w przedzie, ci co mieli worki na plecach za nimi, a na końcu rowerzyści. Tempo marszu narzucali niepełnoletni.

     - Nie do wiary – zaczął Grześkowiak – że pośród ludzi jest tylu złoczyńców, którzy swoim bliźnim chcą odebrać, co się tylko da, a jak się nie da, to próbują ich zlikwidować. Ten naród już od wieków ma  w stosunku do nas podłe zamiary i je realizuje.

     - Zło przeważa w człowieku i ono objawia się czynami niszczącymi świat – mówił  pan Michał.

    Objuczeni darami lasu, napracowani, niepewni sytuacji w domu, bo przecież wojna rozszerzała się jak pożar i może już dosięgła ich domów, szli ciężkim krokiem, głodni i spoceni, brudni, pachnący drewnem i jagodami.

     – Są tacy, co chcą panować nad innymi – mówił Grześkowiak – i my tego nie zmienimy. Możemy tylko walczyć i w tej walce przegrać.

     – Chłopy – odezwał się Grześkowiak – nie politykujcie. – Nie wiadomo jak długo my tu pozostaniemy. Mogą nas wywieźć do Reichu, albo gorzej – do Auschwitz… Zoboczyta, co się jeszcze będzie działo. A może to się szybko skończy? – nagle zwątpił, czy raczej ogarnął go optymizm. Przystanął i ruszył zaraz naprzód.

     - Wydawałoby się, że w tak trudnej sytuacji człowiek myśli tylko o zagrożeniu – odezwał się pan Michał. – Czasem wcale nie. Chce sobie wynagrodzić cierpienie złudzeniami, chwilami z niedawnej przeszłości, z pięknych zdarzeń innych ludzi. Ucieka w marzenia  albo w przeszłość, wyobrażając sobie, co było kiedyś, a kiedyś zawsze było lepiej… chociaż, co ja mówię – teraz pan Michał się zatrzymał. – Sam wiem jak było. Ruszył dalej. – Albo posłuchajcie…  W 1937 roku trwała jeszcze wojna w Hiszpanii. Tam też byli nasi wrogowie. I jedni i drudzy… Powiem wam, że to byli ci sami… Z obydwu stron. I człowiek sprawiedliwy nie wiedział, gdzie jest prawda. Zbombardowali Guernikę… Niby po jednej stronie stoimy, ale… jak się tak zastanowić… W każdym razie Hiszpania to wspaniały kraj. Gorący klimat. Kraj suchy, górzysty, przyjazny. I nieprzyjazny. Ile tam przez wieki nagromadzono skarbów! Trudno sobie wyobrazić. Zosia miałaby dużo roboty… – zażartował. – A oprócz tego przyroda również bogato obdarowała te ziemie. Rosną pomarańcze i mandarynki… Dzieci z zainteresowaniem popatrzyły na pana Michała. – Wiecie, co to takiego? Nikt z was nie widział takich owoców… – powiedział do młodych jagodziarzy. – Tam ludzie również do siebie strzelali, podobnie jak na całym świecie – nagle wrócił do polityki. – Sami też urządzali wyprawy po złoto, do Ameryki. Znowu zwrócił się do dzieci: – O Kolumbie słyszeliście, to wiecie, kto odkrył ten kontynent. To on dla Hiszpanów zdobywał Nowy Świat. Tak… Karola Maya czytaliście? Nie? Czytajcie. On też nie był  w Ameryce. Przygody z Indianami są wam znane z innych książek… chociaż wątpię.

     - Mówisz do nich jakby skończyli sześć klas – zganił go Grzechowiak.

     – Masz  rację – przyznał pan  Michał. – Kto by myślał o zajmowa-

niu się takimi sprawami. Jak to się w tym świecie układa. Hiszpanie byli potęgą, a kiedy Napoleon Bonaparte został cesarzem, wojska napoleońskie chciały ustanowić swoje prawa, Hiszpania stała się składnikiem cesarstwa, zmuszona walczyła po stronie cesarza; pomogła opanować w sposób bezwzględny Portugalię. Na szczęście lud hiszpański się sprzeciwił, gdy na tronie zasiadł brat Napoleona, Józef i miał ich w nosie. W końcu wojna w Hiszpanii zakończyła się klęską. Uczestniczyli w niej też Polacy… Tak… Potem nadszedł trzydziesty szósty. Do władzy doszli faszyści. We Włoszech faszyści, komuniści też mieli coś do powiedzenia. W Niemczech… i już płaczemy nad stanem tego świata. Zachód nas opuścił. A myśmy się rwali do walki, bo myśleliśmy, że w ten sposób odzyskamy wolność i kraj. Zawiedli nas.

     Tymczasem znowu nastał krwawy, mroczny czas, gehenna i zgrzytanie zębów. Wściekły pies Guderian przeleciał przez nasz kraj wojskami pancernymi i zgniótł nas jak pluskwy. Ruszyliśmy               z szablami na czołgi.

     Pan Michał zamilkł. Przystanęli. Ci, którzy mieli worki z sękami na ramionach, zrzucili je by się odprężyć. Drewno wbijało im się w mięśni na karkach i ramionach. Najlepiej rozmawiało się i szło tym, którzy swój ładunek mieli w workach opartych na pedałach po obu stronach ramy i prowadzili rowery trzymając za kierownicę  i siodełko. Trochę szli bokiem, skręceni w pasie, jednak nie tak utrudzeni, jak ci z workami na plecach.

     Robert Wiśniewski nawiązał do prowadzonej rozmowy o czasach napoleońskich.

     – Polacy zaufali Napoleonowi i walczyli w jego wielkiej armii. Myśleli, że Napoleon odwdzięczy się przepędzeniem zaborców. Tymczasem skończyło się na Księstwie Warszawskim, podporządkowanym cesarzowi, bo om miał nas w du. Polacy walczyli nad Ebro w Saragossie – kontynuował – także w małym miasteczku Tudela  w pobliżu Ebro. Saragossa broniła się bohatersko i zmuszona została do kapitulacji dopiero 21 lutego 1809 roku. Polskie oddziały Legii Nadwiślańskiej w czasie szturmu pokazały niemal bohaterstwo, tak odważnie walczyły. Jak pomyślę o dzisiejszych czasach, o naszej sytuacji, to ogarnia mnie rozpacz. I obecnie nasi też wyróżniali się męstwem i co z tego zostało? Ale nie powinniśmy się poddawać. Naród hiszpański chciał być wolny, tak jak my teraz.

     – Chłopy, trochę ciszej z tym politykowaniem – znów ostrzegał Grześkowiak.

     Pan Robert jednak kontynuował:

     – Blokada trwała prawie rok. Agresorzy byli znienawidzeni przez Hiszpanów, którzy nie chcieli ich w swoim kraju.

Włączył się pan Michał: -  To piękne miasto Saragossa, bardzo stare i ważne, niszczone i palone… nie poddało się, jak mówiłeś. Także  w 1937, kiedy stało się miejscem zaczepek wojsk republikańskich.              W walkach wziął udział generał Karol Świerczewski ze swoją 35 brygadą, nazwaną imieniem Jarosława Dąbrowskiego. Ale dlaczego on tam walczył, tego dokładnie nie wiemy. Wielu uważa, że nie powinien brać udziału w tej wojnie, a może chodzi tylko o stronę… Bo to był komunista? Tak. Nie jestem historykiem, ale im bardziej coś człowiekowi dokucza, boli, tym lepiej to pamięta. Jakby w ten sposób chciał się pozbyć tej dolegliwości.

     Michał nie przypomniał, że był tam w 1937 roku. Wciąż o tym myślał, ale coś go powstrzymywało.

     – Rzeka Ebro posiada źródła na południu Gór Kantabryjskich, tak się te góry nazywają -  kontynuował. – A w ogóle Hiszpania to Pireneje. Rzeka ma ponad dziewięćset kilometrów i jest prawie taka długa, jak nasza Wisła. „O tym mogę mówić” – myślał. – Niemal przecina Hiszpanię od Zatoki Biskajskiej do Morza Śródziemnego. „Boże kochany, o czym ja gadam, nasze dzieciaki nie widziały nawet Wisły”. Po chwili mówił dalej: – Płynie przełomem Gór Pirenejskich, przez kotlinę Aragońską, przełomem Gór Katalońskich. Robert, pokaż im na mapie – żartował.  

     Większość dzieci nie dosłyszała o czym  opowiadał. Byli za bardzo w przedzie.

     – Jest to wielki wąwóz. Piękna rzeka. Istnieją na niej zapory wodne i obok kanały nawadniające. Mówiłem już, że to kraj suchy? Poziom wody w rzece zmienny, w zależności od ilości deszczu. Nawadniana jest sucha kotlina Aragońska. Kiedyś reszty dowiecie się na geografii – podniósł głos. – Trochę widziałem, resztę doczytałem. Wierzę w to… Dzieciaki, słyszycie? Już słyszały, chociaż zajęte również własną rozmową.

     - Z tego, co czytałem – wtrącił pan Robert – Polacy walczyli nie tylko pod Saragossą, także pod miasteczkami Tudelą i Epilą.

     – Już mówiłem – przerwał Michał.

     – Ale wojowali i w innych miejscach – mówił Wiśniewski. – Znana jest kawaleria, która odważnie walczyła, właśnie w przełęczy Samosierra, w pasmie Gór Sierra de Guadarame, pewnie z 80 kilometrów od Madrytu. Chyba pod dowództwem generała Józefa Kozietulskiego. – Na pewno – wtrącił pan Michał.

     Robert mówił dalej: – Szarża szwoleżerów doprowadziła do załamania oporu Hiszpanów. Co ciekawe, atak trwał zaledwie osiem minut. Zgarnęli wszystkie działa, zdobyli sześć sztandarów i wzięli do niewoli wielu jeńców. Tak to, ta lekka, konna kawaleria pokazała, co potrafi. W ten sposób została otwarta Napoleonowi droga do Madrytu. Ale w tej wojnie jest inaczej…

     – Oczywiście, znam… – nie poddawał się pan Michał. – W 1808 roku rozpoczęła się wojna Hiszpanów z Napoleonem i zakończyła klęską cesarza w 1814 roku. Zaledwie, czy aż sześć lat czekali niektórzy na jego klęskę.

    – Czy my też będziemy tak długo czekać? – pytał Wiśniewski. -  Potężna armia złożona w większości z Polaków, Holendrów, Włochów i Niemców, została rozbita. Siły wojskowe Rosji, Anglii, Prus  i Austrii pokonały niezwyciężonego Bonapartego – wyrzucił z siebie. – Kiedy doczekamy się zwycięstwa aliantów?   

      – Nie tak szybko, to jeszcze będzie trwało… To znaczy wtedy trwało, ale pewnie, że nie chcielibyśmy tak długo czekać. Na razie widoki są tragiczne. Ja bym przypomniał jeszcze – mówił pan Michał – że w 1808 roku utworzono Legię Nadwiślańską. Były to w części oddziały powstałe z Legionów Dąbrowskiego i jazdy Legii Nadwiślańskiej. Najpierw dowodził generał Grabiński, potem generał Chłopicki. Zapamiętałem, to moja pasja. To właśnie te oddziały w tym samym roku Napoleon skierował do Hiszpanii. Szeregi tego wojska, po stratach, uzupełniano z „połowów” w Księstwie Warszawskim.

      – A potem Legia brała udział w wyprawie na Moskwę, w bitwach pod Smoleńskiem, Woroneżem, Krosnem, osłaniała Napoleona podczas odwrotu nad Berezyną, ubezpieczała tyły  ponosząc wielkie straty – dorzucił szybko Robert, co miało oznaczać, że on też zna dzieje naszych i francuskich zmagań.

     Popisywali się swoją wiedzą, której inni nie posiadali. Pan Michał zwłaszcza, bo ze względu na wiek, jak sam już tego doświadczył, gdyby na cokolwiek się skarżył, nie wiedział, każdy powiedziałby zaraz, że to ze starości. Coś takiego w ludziach tkwi, że jak ci co dolega, to pytają ile masz lat, jeżeli wyglądasz na więcej, mówią, że starość nie radość. 

    - Słyszałem o wydarzeniach – teraz odezwał się Władysław Grajkowski – które są związane z Grobem Francuza pod Sarnówkiem. Czy to był żołnierz Napoleona?

    – Kto ich nie słyszał – odmruknął pan Michał. – Ta historia, czy może legenda, ma swoje długie, długie korzenie i różne wątki. Tego, co chcę powiedzieć na pewno nie wiecie, nie słyszeliście, chyba że od kogoś innego.

     – Nie? – zdziwił się Grzechowiak. – A o co chodzi? Godejcie.

     – W 1809 roku w oddziałach Legii Nadwiślańskiej – zaczął z przejęciem pan Michał, podkręcając sumiastego wąsa – walczył oficer Tadeusz Chłusowicz i oficer francuski Pierre Renick, a może Remick. Młodzi mężczyźni, dobrze wyszkoleni, byli cenionymi żołnierzami. Obaj się zaprzyjaźnili, obaj bili się pod Tudelą, zostali ranni, razem się kurowali i obaj poznali piękne Hiszpanki. Niestety, jako wrogowie Hiszpanów, byli bojkotowani, nienawidzeni i z daleka omijani, ale nie przez te piękności. Dziewczyna Tadeusza nazywała się Lina Gonzaga De La Vega, a o dziewczynie Francuza niewiele wiadomo. Tadeusz zakochał się w rudej, zielonookiej piękności, Francuz Pierre Renick chyba też, w brunetce o czarnych oczach, jak mówi podanie, ale nie tak gwałtownie. Spotykali się ukradkiem, razem, bo dziewczyny pochodziły z dobrego domu w Tudeli, mieście niewielkim, gdzie wszyscy wszystkich znali, tak jak w Trzemesznie. Aby się spotkać musieli używać różnych wybiegów i wojskowych posunięć. Obie panny były przyjaciółkami.

     Siedmioletni Włodek Paźniewski, zawsze ciekawy świata, chociaż jego wiek nie wskazywał na to, chwycił się ramy roweru i wpatrywał w pana Michała, tak go ta opowieść zaczęła interesować. Próbował nawet zadawać pytania, kiedy pan Michał przerwał, żeby nabrać do płuc powietrza.

     – I oto pewnego dnia – kontynuował – ta historia rozdzieliła się na dwie różne. A rozdzieliła się, bo losy obu oficerów też potoczyły się pod koniec tej opowieści, każdy inaczej. Lina była sierotą, przygarnięta przez wuja, który był w Tudeli księdzem i się nią opiekował. Posiadała spory majątek. Kiedy dowiedział się o tej dziwnej znajomości i o znajomości drugiej jego podopiecznej, sprzeciwił się energicznie i nie chciał słyszeć o związku z obcym oficerem, cudzoziemcem, który przybył do tego kraju, żeby przelewać krew Liny ziomków. W końcu jednak się zgodził i uległ jej prośbom, bo jak wiadomo na miłość nie ma innego sposobu, jak jej sprostanie, to znaczy spełnienie. Wuj udzielił osobiście ślubu Linie i Tadeuszowi. Na weselu był też Pierre Renick i jego dziewczyna. Można się tylko domyślać, że wesele było skromne, ale piękne. Później nieco okazało się, że Lina to praprapra wnuczka Kolumba, odkrywcy Ameryki! Wydaje się to nieprawdopodobne, prawda? Lina Gonzaga, czy jak się naprawdę nazywała, oprócz majątku, wniosła w posagu złoty medal za odkrycie Ameryki, przyznany Kolumbowi przez królową i króla Hiszpanii. W jaki sposób ten medal znalazł się w rodzinie rzekomej Gonzagi, tego nie wiadomo. Lina De La Vega, jak przystało na żonę, gdy nadeszła pora wyruszenia w drogę, wyjechała razem z wojskiem na wschód i zawędrowała aż do Rosji. Po zakończeniu kampanii napoleońskiej została z mężem przez jakiś czas w Petersburgu, potem przeniosła się z rodziną do majątku w Słonimiu w województwie nowogródzkim. Medal oglądany był we dworze przez licznych odwiedzających państwo Chłusowiczów, jako najcenniejsza i najwspanialsza rzecz, świadectwo wielkich zasług za odkrycie dokonane przez Kolumba. I na tym właściwie ta historia się kończy: nie wiadomo, co się stało z medalem, z rodziną Liny i Tadeusza.

     - Ten medal to ja bym chciał mieć – powiedział Włodek.

     - Ja też – dorzuciła Zosia.

     - Ich dzieci podobno wyemigrowały do Hiszpanii – dodał Michał. – Natomiast dzieje Pierra Renicka, czy Remicka potoczyły się w końcu nieszczęśliwie. Otóż walczył w Rosji razem z Tadeuszem, w miejscach, o których już mówiliśmy, i tu jeszcze ich losy były podobne. Jego pani nie pojechała za nim na wschód. Została w Tudeli, a on w drodze powrotnej zatrzymał się w majątku Chłusowiczów, później wracał do Francji przez Polskę z oddziałami francuskimi. I to jest ta inna dola. Tułaczka trwała miesiącami. Oddziały natrafiały na różne niebezpieczeństwa, były zatrzymywane przez wojska carskie, napadane przez nowych zwycięzców, trzymane w niewoli, musiały się rozpraszać, uciekać przed aresztowaniami lub śmiercią przez rozstrzelanie, czy powieszenie, czy też ścięcie… W jednym z ostatnich szwoleżerskich oddziałów znajdował się Pierre. Szli pieszo, bo konie zamęczyły się na śmierć, a o nowych nie mogło być mowy ze względu na ich brak, chociaż od przypadku do przypadku dobrzy ludzie podwozili ich w stronę zachodu. Byli obdarci i głodni. Ubywało sił, choroby ich nie oszczędzały. Podobnie zresztą i Polaków i żołnierzy innych narodowości. Tyle, że Polacy mieli bliżej do domu pod zaborem. Z Mogilna do Gołąbek przez lasy, bo tak wydawało się być najbezpieczniej, chociaż nie zawsze, bo grasowali rozbitkowie, uciekinierzy, okrężnymi i pustymi szlakami, przyjechali w nasze okolice w kilku, może w sześciu, może w siedmiu. Tu dwa wozy konne zabrały ich w stronę Gniezna, przez leśnictwo Sarnówko. Oficer Pierre był osłabiony, wycieńczony i chory. Pomoc udzielona w Mogilnie przez jedynego tam medyka wystarczyła do naszej wsi. Nie ujechali daleko, bo do wielkiego dębu, pod którym podobno odpoczywał Napoleon, gdy ciągnął z wojskami na wschód. Tu Pierre zażądał, aby go wysadzono z furmanki, nie chciał być zawalidrogą. Przystanęli, lecz kompani nie pozwolili na pozostawienie kolegi. Pojechali dalej. Po kilku kilometrach Pierre Renick zmarł. Teraz już musieli pozostawić Pierra na tej ziemi. Pochowali go przy leśnej drodze, razem z szablą, wydrapując na korze brzozy jego nazwisko i stawiając biały krzyż. W grób wbito drugą szablę, którą potem ktoś ukradł. Tamci pojechali dalej i dalszy ich los jest już nieznany. Być może jeszcze ktoś z nich zmarł i został pochowany, na przykład na poznańskiej Cytadeli. Taka to przykra historia żołnierza tułacza… – zakończył opowiadanie. – Zwyczajna, godna pożałowania. Nigdy nie dotarł do swojej ojczyzny, ale my o nim pamiętamy. Po krótkim milczeniu dodał:

      – A kto pogrzebał naszych żołnierzy w miesiącach walki, gdy wojna się rozpoczęła? Kto ich grzebie teraz, poległych na obcej ziemi? Gdzie są pochowani chłopcy z Gościeszyna i Trzemeszna?

     Po tych słowach zapanowała cisza. Szli wolno, jakby coraz wolniej. Już nie było o czym mówić. Dzieci milczały, może wszystko słyszały, ale utrudzone wolały nic nie mówić i takie pozostać, a może nie zrozumiały wszystkiego. Włodek Paźniewski puścił ramę roweru i powiedział: – Ja kiedyś o tym napiszę.

     – Napisz, napisz – zachęcił Robert. Włodek zawołał psa i pogłaskał go, jakby chciał w ten sposób wyrazić zadowolenie, że ktoś  z nich poparł jego pomysł, i jakby chciał zetrzeć z ręki smutek, przekazać na psa sierść. Widać przeżywał opowiadaną historię. W jego rozjarzonym umyśle rósł i dojrzewał ten pomysł, że on na pewno kiedyś o tym romantycznym wydarzeniu pięknie napisze i ogłosi światu.

     Gdzieś w oddali stukał energicznie dzięcioł, jakby strzelano z lekkiego karabinu maszynowego. Nagrzane powietrze drżało w koronach drzew i nad nasłonecznioną miejscami drogą. Taka cisza, bo przyroda zamilkła, by słuchać o czym mówią ludzie. Słońce patrzyło im w plecy, rzucając gęsto promienie między sosnami i krzewami. Zakwilił jastrząb, a po nim zapiskał przerażony kwiczoł. Złe wybrał miejsce na siedzibę swego rodu, bo zaledwie kilka kilometrów od folwarku jastrzębi, na niezbyt wysokim drzewie, w pobliżu aktywnego dzięcioła. Wprawdzie już dawno młode oglądają świat, lecz wciąż trwała tu krzątanina wokół dorastającej młodzieży.

     Po kilkunastu metrach odezwał się Robert. – Ale krążą też inne legendy o tym grobie. Na przykład, że żołnierze francuscy zostali napadnięci przez leśnych łazęgów i jeden z nich tu zginął. Inna mówi, że został ograbiony przez chłopa, który wiózł go do Gniezna, co jest brednią, myślę. Nikt mu nie odpowiedział, nie wykazał zainteresowania. Dalsze snucie nitki domysłów i fantazji na ten temat straciło wyrazistość i sens. Natomiast pan Michał jeszcze raz wrócił do Hiszpanii, myśląc o spotkaniu z nieznajomym w lesie, który się tułał i w desperacji nie wiadomo, co mógł uczynić. „Jak można w ogóle komuś pomóc, gdy sami jesteśmy w sytuacji niemalże bez wyjścia. Podstawową sprawą jest by być mocnym i w skrajnych warunkach posiadać wolę i siłę wydostania się z piekła. Łatwo powiedzieć” – rozważał w myślach Michał.

     – Przypomniało mi się – rzekł przerywając milczenie i dodając dźwięk słów do hałasu zgrzytającego roweru Murawskiego – że na przełomie XV i XVI wieku, w czasach Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego w Hiszpanii, działy się również straszne rzeczy. Za sprawą rządzących, ten naród, który i obecnie razem z nami jest prześladowany, mianowicie Żydzi, wtedy także cierpiał, wypędzany z Półwyspu Iberyjskiego. Mało tego, urządzano pogromy, zabierano im majątki. Podobny pogrom przeszli w czasach starożytności za Flawiuszów. A obecnie, co się dzieje? Czy historia ma się powtórzyć? Więc i Hiszpanie mają swoje grzechy na sumieniu. A teraz ci… I my nie jesteśmy święci.

     Nikt nie powiedział słowa, nawet Grześkowiak nie ostrzegał przed politykowaniem. Każdy myślał o sobie. Tak jak dzisiaj, wtedy też tysiące ludzi uciekało i rozpraszało się po Europie, dotarli do naszej Rzeczypospolitej i tu znaleźli schronienie, swoją ojczyznę. Właśnie z tych rodzin, co dzisiaj muszą też się kryć i zabierani są  z naszymi do obozów, niektórych korzenie sięgają tamtych czasów. I jak tu powiedzieć, że jeden naród jest lepszy od drugiego?

     - Saragossa była wtedy także takim tragicznym miejscem – powiedział Robert. Dodał jeszcze głośno: – W sytuacji wielkiego zagrożenia człowiek zbiera w sobie siły i podejmuje ostateczne kroki, by się nie poddając zwyciężyć albo umrzeć. Chyba tylko to nam zostało. Dylematów nie ma, nie powinno być… Chociaż oni, nasi bohaterowie z… przegrali, oddali życie za ojczyznę. Widać też, że rozwój cywilizacji wcale nie wpływa na ostateczne i trwałe zbliżenie między ludźmi. Zawsze znajdzie się fałszywy prorok, który poderwie do zła pewną część społeczeństwa danego narodu, będącego, wydawałoby się, moralnie bez zarzutu i nakłoni do bezeceńskich czynów, skierowanych przeciwko innym ludziom. 

     – Tak jest – przytaknął pan Michał.

      Zapomnieli na kilka dłuższych chwil w jakiej sytuacji się znajdują, gdzie żyją. Przecież może ich spotkać też coś tragicznego. Ich los był równie niepewny, jak tych ptaków, mieszkających w pobliżu agresorów z wysokich sosen, jak narodu wciąż przepędzanego.

      Dwa psy – jeden z przodu kolumny, drugi z tylu, gromadka dzieci  z kankami i wiadrami, trzy rowery i czterech pieszych, w tym trzech z workami na barkach… Doszli właśnie do wielkiego dębu, przy którym niektórzy widzieli w wyobraźni jeszcze odpoczywającego Napoleona, gdy jechał z wojskiem na wschód, a może wracał do Francji. Jeszcze z dwieście metrów, mały zakręt i będą we wsi. Co   w Rosji, na wschodzie, w kraju… we wsi… „Napiję się wody z natronem i cukrem” – marzył Romek. „Zjem chleb ze śmietaną, posypaną cukrem” – marzyła Janinka. „Jak to możliwe, że po wielkim krachu na giełdzie w Ameryce w 1929 roku, kiedy pół świata poniosło klęskę gospodarczą, Niemcy potrafili się podnieść i stać się tak wielkim agresorem?” – zastanawiał się pan Robert.

     W każdej chwili mogło się coś zmienić na gorsze. Toteż wracali    z narastającym niepokojem. Dzieci nie zdawały sobie z tego sprawy. Dla nich ważne było, że po spełnieniu obowiązków, mogli zaspokoić głód, biegać i się bawić. Gdy znaleźli się na skraju lasu, zauważyli, że na drodze przy domu Konrada stoi kilku ludzi. Dzieci mające dobry wzrok powiedziały, że to żołnierze. Zielone mundury i jacyś cywile. Widać było też rowery. Na moment kolumna zamarła  w bezruchu. „Iść dalej? Czy skręcić w las?” – zadawali sobie pytania. W odruchu samoobronnym pierwszą myślą było uciec między drzewa, jednak natychmiast, jak na komendę, pojawiła się inna myśl: „To bez sensu. Niczego złego nie zrobili, wracają po ciężkim dniu pracy. Ale może odbiorą im worki z drewnem i jagody… Jeżeli mają ich zabrać nie wiadomo, gdzie to i tak zabiorą” – i jak na komendę ruszyli przed siebie, wprost na podejrzanie wyglądających osobników  w mundurach.

     -  To policja hit… – zauważył Grzechowiak. – Ja akurat przed nimi wejdę do chałupy… jeżeli wejdę. Ale może pójdę z wami…

     Po podejściu na odległość kilkudziesięciu metrów spostrzegli, że to ci dwaj z plebani w Gościeszynie, którzy aresztowali księdza Antoniego Lewickiego, a później został stracony w Bydgoszczy, a na plebani urządzili posterunek. Obok stała wdowa po Wilhelmie Konradzie, który, jak mówiono we wsi, wraz ze swym bratem, zaraz na początku wojny, wykopali albo ścięli krzyż drewniany pod lasem, właśnie z tej strony wioski i dłuższą, pionową część zamontowali jako dyszel w ich maneżu. Wilhelm stojąc kiedyś na kieracie, nieopatrznie wsunął nogę w tryby, urwał palec, zlekceważył chorobę i za późno zgłosił się do lekarza, dostał gangreny i umarł. Ludzie mówili, że to kara boska za zbezczeszczenie świętego krzyża. Stali też jacyś dwaj nieznajomi w skórzanych kurtkach, pewnie tajniacz z gestapo, sądzili drwale. 

     – Szukają kogoś – szepnął Robert.

     Grajkowski się spocił. Szli coraz wolniej z myślą, że nie przejdą przez ten zator złej woli i nienawiści. Ktoś z nich już z daleka powiedział „Heil Hitler”. Nie usłyszeli odpowiedzi na to podłe pozdrowienie.

     Policjanci rozstąpili się, tak, aby kolumna mogła się znaleźć między nimi. Powietrze przeszyło złowrogie: – Halt! I z przerażeniem się zatrzymali. Zdjęli worki z pleców i ustawili obok nóg. Zatrzymali rowery. Dzieci ustawiły naczynia na ziemi. Ich serca chciały wyskoczyć z nich. Najlepiej, gdyby nagle stała się noc jak jądro ciemności  albo piorun uderzył, aby nie musieli stawać przed znienawidzonym wrogiem. Piorun, który mógłby wrogów zmieść z tej drogi.

      – Ausweis bitte!

     Mężczyźni wyjęli dokumenty i podali kolejno hitlerowcom. Każdy z nich czterech oglądał podniszczone papiery. Przyglądali się też dzieciom jakby to były jakieś małe dzikie zwierzęta. Z pogardą spoglądali na worki z drewnem i naczynia z jagodami. Jeden z nich tak się im przyglądał, jakby chciał kopnąć w wiadro i wysypać jego zawartość. Wtedy Emma, wdowa po Wilhelmie Konradzie, odgadując zamiary policaja, uśmiechnęła się nieznacznie i lekko poruszyła przecząco głową. Policjant to zauważył. Miała jednak w sobie trochę litości. Przecież na nią pracowali teraz Polacy: nie tylko Wiktor Galewski, Sergiusz Wojewoda i Maria Derezińska. Rosły i ponury mężczyzna w okrągłej, policyjnej czapce, podobnej do hełmu, odwrócił wzrok. Psy natomiast wzięły ogon pod siebie i tuliły się do nóg chłopców. Zosia spuściła oczy i nie patrzyła na nich, prosząc Boga aby ci złoczyńcy nagle zniknęli. Nic takiego się nie stało.

     Łamaną polszczyzną pytali, czy nie widzieli w lesie i we wsi wałęsających się ludzi z dziećmi. Byli tu wczoraj. To Jude i kto im pomoże zostanie rozstrzelany razem z nimi. Kategorycznie zaprzeczyli, jeden przez drugiego.

Młodszy z policjantów podniósł głos. – Natychmiast powiedzieć! Nie kłamać! Co to ma znaczyć, nie widziałem? Ale już!

     Nikt nie odezwał się słowem. Marian Grzechowiak już sobie wyobrażał, jak zostali zlani pałami. Spuścili głowy i czekali, co będzie dalej. Obaj Niemcy chcieli ich jednak przede wszystkim nastraszyć, bo może mogło z tego coś odpowiedniego dla nich wyniknąć. Nikt nie zamierzał cokolwiek powiedzieć i na tym to straszenie się skończyło. Kapral oddał im ausweisy.

A potem powiedział, że Grzechowiak i Wiśniewski mają się zgłosić jutro po fajrancie na posterunku policji! To jest polecenie policji!

Wszyscy struchleli. „Aresztują ich. Zbiją. Zatrzymają w piwnicy. Wyślą do lagru. Zastrzelą. Dlaczego?” – myśleli. Ten starszy dodał: – Zabrać ze sobą siekiery!  A teraz precz z oczu! Raus! – zakończył.

      Patrzyli na ich worki z drewnem. „Na pewno o to chodzi? Ale dlaczego zaraz nie zarekwirowali rowerów z drewnem? Z takim drewnem? Może nie będzie tak źle?” Ruszyli z kopyta aż się za nimi zakurzyło na wiejskiej drodze. Kiedy już oddalili się nie oglądając za szkopami, Grześkowiak i Robert Wiśniewski, zaczęli przewidywać, że to już po nich. Wtedy czternastoletni Zbychu powiedział:

     – Dlaczego my się ich tak boimy? Przecież mamy swój honor i odwagę.

     - Ja się nie bałem – zaprzeczył  Michał.

     -  Któżby się bał szkopów  -  wycedził Grześkowiak.

     - Akurat. Michał na pewno nie, ale ty, Marian… – ironizował Walek Grajkowski.

     - Nie? A dlaczego ci tak portki drżały? – pokpiwał Wiśniewski,  nie zapominając, że ma się zgłosić na posterunku z siekierą. – W razie konieczności użyję siekiery, więc żegnajcie – pokpiwał rozpaczliwie. – To nie jest kwestia, że się baliśmy. Każdy się boi. Nie należy tylko być tchórzem. Najgorsze jest to poniżenie – mówił dalej.

     – Przyjdą do twojego domu i cię prześladują. Powinniśmy ich natychmiast… – Robert przerwał. A po namyśle rzekł: – Dobrze, że żaden z nas nie wygadał się, że widzieliśmy jagodziarzy w lesie.

      – Przecież to byli jagodziarze – powiedział z naciskiem pan Michał.

      - No oczywiście – potwierdził Robert, ale pomyślał, że Michał ma rację. Nie należy tego wypowiadać głośno i nigdzie. „Niedawno żona dała podobnemu mężczyźnie z chłopcem i kobietą bochenek chleba. Tak, to ci sami. Biedni ludzie. Jaki ze mnie… Gdybym się nie odezwał i nie powiedział, że zbierają jagody, to może mógłbym im pomóc. Teraz ta myśl będzie mnie prześladować. Biedni ludzie w lesie. Co możemy dla nich zrobić? Szli do Warszawy, bo w wielkim mieście jest bezpieczniej. Tylko jak tam się dostać. A tam mordują Żydów i Polaków w przerażający sposób. O Palmirach już słyszeliśmy” – rozmyślał.

      Kiedy już się mieli rozstawać, Michał rzekł do Grzechowiaka i Wiśniewskiego: – Tylko nie spieprzcie roboty, bo na was liczy cała wieś. Chcemy mieć spokój. Narąbcie tyle drewna, żeby im nie zachciało się znowu do nas przyjeżdżać, żeby mieli nawet do następnej wiosny, bo może na następną wiosnę już ich nie…

     – Nie będzie – dokończył Stefan Murawski. Grzechowiak nic nie powiedział i wszedł na swoje podwórko.

      Taka była ich nadzieja, ale się nie ziściła jeszcze przez kilka lat. Jeszcze przeżyli swoje, wywiezieni na roboty przymusowe w głąb Niemiec, do Wałbrzycha i na Zaolzie. Tylko Michał nie został wywieziony, miał już bowiem swój słuszny wiek, i jako senior nie był niebezpieczny, tak przynajmniej się okupantowi wydawało. On tymczasem, kiedy zamknęli szkołę, czynił swoją krecią robotę, po kryjomu ucząc dzieci czytać, pisać i rachunków. Pomagał ile potrafił i służył radą kobietom, których mężowie zostali wywiezieni.

     Jesienią 1940 roku hitlerowcy utworzyli w Warszawie Getto Żydowskie, w którym w 1943 roku wybuchło powstanie. I zostało rozbite przez hitlerowców. Żydzi wybrali godną śmierć.

      A mężczyźni zabrani z Gołąbek, Ochodzy czy Owsisk pracowali na rzecz Rzeszy, która im za tę katorżniczą robotę nigdy nie zapłaciła, odbierając często zdrowie i życie. Wszyscy, którzy byli wówczas w lesie i karczowali pnie, zostali wywiezieni. A chłopcy czternastoletni i dziesięcioletni posłani do bauerów do karmienia świń, dojenia i wypasu krów. Spali w chlewach, komórkach, czasem razem z końmi lub na sianie, wstawali o świcie i tyrali do nocy, ale trafiali też do Niemców bardzo wrażliwych na ludzką krzywdę i ci ich traktowali jak domowników.

     A potem nareszcie nadeszło wyzwolenie…        

                                                                                    1956, 2001.

Z tomu opowiadań E. Rychlickiego „Zielone i Czarne”

Marynarz znad Wisły

 

 

Dzielny marynarz znad Wisły, Kamilian Kordecki, kolega Kryspina z lat szkolnych, majster i szef energetyków, mając do dyspozycji sto osiemdziesiąt weekendowych minut na rozmowy z komórki, przypomniał się koledze po groźnym zaburzeniu przyrodniczym, gdy przez lasy tucholskie przeszła trąba powietrzna, łamiąc 550 ha sześćdziesięcioletnich lasów sosnowych jak zapałki, w paśmie szerokości 400 metrów i długości dziewięć kilometrów. Kilka dni wcześniej natomiast przeczytał opowiadanie o wielkim lesie w Łogąbkach i historii z czasów okupacji. Jedno z drugim nie miało nic wspólnego, ale oba zdarzenia połączyły się w umyśle Kamiliana. Jak to czasem bywa, odległe fakty łączą się i chcą być razem bez podania przyczyn. Kamilian się zdziwił, że przyszło mu do głowy opowiadanie Radeckiego „Korzenie”, gdy czytał o zniszczeniach w lasach tucholskich             i wojennej śmiertelnej zawierusze, jakby dla zachowania w pamięci tych zdarzeń, dopóki Słońce nie spęcznieje…  

     Dlaczego? Chyba bez związku, uważał, gdy nagle jego goniące się myśli, w momencie pojawienia się słowa „Słońce”, zatrzymały się  w innym miejscu, na wcześniejszym  zjawisku: tranzycie Wenus na tle tarczy Słońca w środę szóstego czerwca 2012 roku od 0:23 do 6:53. Nie omieszkał przypomnieć sobie również tego, co jeszcze pozostało w nim, że gdy Johannes Kepler opracował tablice ludolfińskie w 1627 roku i wyznaczył dokładnie położenie planet na niebie, wyliczono, że w 1631 i w 1639 roku Wenus będzie wędrować na tle tarczy Słońca. Kamilian lubił astronomię, a Gwiazda Polarna nie jeden raz zawracała go z drogi… Potem jeszcze kilkakrotnie zaistniał fakt wędrówki planety na tle tarczy słonecznej i on o tym wiedział.

     Wracając do Ludolfa van Ceulena, który obliczył w XVI wieku do 35 cyfr po przecinku, ile wynosi stosunek długości okręgu koła do długości jego średnicy, że jest to 3,1415… zachwycił się ponownie liczbą π, podobnie jak liczbą wyliczoną z 2 π podzielić przez √2.

      Ta nieskończoność w obliczaniu wydawała mu się źródłem istnienia życia. Tylko żywi mogą to uczynić.

 W jednostce wojskowej, gdy nie miał co robić, zajmował się wybranymi zagadnieniami z fizyki i matematyki.

     Miał  nawet  ze  sobą  Jakuba  Perelmana  „Zajmującą fizykę”, pożyczoną od kolegi jeszcze w szkole oraz „Zajmującą matematykę” tego autora, ale z tych książek już wyrósł.

    Źródło emocjonalnego wzruszenia i napędu znajdowało się w przeszłości. To do niej chciał dość niespodziewanie wrócić i zanim do tego doszedł, miał chwile wątpliwości i pewne elementy wiedzy wmieszały się w utajoną istotę wewnętrznego stanu ducha.

     Kamilian napisał list, pomijając internet, w którym ma swoją stronę, zna adres kolegi i mógłby się wypowiedzieć, przesyłając swoje wspomnienia tą drogą, ale mimo wszystko wolał list. To wieloletnie dawne przyzwyczajenie. List wysłał. Ale listy idą kilka dni. To było za długo. Nie wytrzymał i właśnie wcześniej zadzwonił.

     – Wiesz, nie wytrzymałem. Poczułem się ostatnio zdrowotnie  lepiej i chciałem z tobą pogadać. Ta leśna katastrofa mnie przeraziła, a ponieważ twoje opowiadanie dotyczy lasu, wiesz chodzi o „Korzenie”, to dzwonię… Kiedy miałem wachtę na lądzie w porcie albo  w morzu, wgapiałem się w planety albo w gwiazdy i ustawiałem je w szeregach jak nas ustawiano… Teraz też się wgapiam… w przeszłość. Miałeś na pewno też takie chwile, że chciałbyś z kimś porozmawiać na temat czegoś, co obaj znacie lub wierzysz, że możesz się dzielić z tą osobą, bo ona cię zrozumie. Wprawdzie mam wspaniałą rodzinę…

     Gdy skończył o lasach tucholskich i Wenus już przepłynęła po tarczy Słońca, a Ceulen obliczył π i zaczął się niecierpliwić, Kamilian powiedział o co chodzi w liście. Właśnie trzy lata służby w marynarce wojennej wycisnęły na nim największe piętno i czuł, że za mało się  z tego okresu wyspowiadał, podzielił z przyjaciółmi. – Tylko czy ciebie to interesuje? – Nie interesuje? Interesuje? Fajnie. To poczytaj, może zmienisz zdanie o kawałku przeszłości.

     – O czym mógłbym ci napisać, prawda? Na pewno nie pamiętasz, ale urodziłem się… we Włocławku i cały czas mieszkam w rodzinnym mieście – zaczął czytać wysłany już list. Kiedy wy biegaliście po świecie, ja tylko wyrwany zostałem do wojska nad morze i w morze, a tak normalnie, to udawało mi się zawsze wszystko załatwić i ułożyć              w moim rodzinnym grodzie. A przedtem wyjeżdżałem na krótko do różnych miast w naszym kraju na praktyki zawodowe. Tak jak ty.

     Pięć lat po wojnie rozpocząłem naukę w PKZNT przy ulicy Sempołowskiej. Po trzech latach nauki w gimnazjum powstało TPP i mogłem kontynuować naukę w nowym technikum. Po ukończeniu sześcioletniej nauki otrzymałem nakaz pracy razem z Borysem Winieckim i Zbyszkiem Wielonkiem do kopalni węgla brunatnego „Turów” w Turoszowie. Wydobywany węgiel brunatny dostarczany był do niemieckiej elektrowni „Hirszwelde”, tuż za Nysą. W zamian otrzymywaliśmy w Polsce brykiety i energie elektryczną. Byliśmy tam  dozorcami urządzeń elektrycznych, przyglądając się pracy wielkich koparek i przenośników, odpowiadając za nieprzerwany dopływ prądu elektrycznego do silników napędowych.

     Był to trudny okres w naszym życiu. Brakowało podstawowego środka do życia, jakim był chleb powszedni. Teraz to się wydaje nieprawdopodobne, ale w takich małych miejscowościach możliwe. Z tym, że starano się o chleb, nie można powiedzieć, i górnicy nie chodzili głodni do pracy. Mieszkaliśmy razem w hotelu robotniczym dwa km od kopalni. Miejscowość nazywała się Zatonie. Wspólnie z nami mieszkało także trzech inżynierów górników po AGH w Krakowie oraz technik górnik. Każdego dnia dwóch z nas wychodziło do piekarni w celu kupna bochenka chleba.

      Po roku pracy zostaliśmy wezwani do dyrektora kopalni, gdzie w obecności I sekretarza PZPR i pułkownika SB przeprowadzono  z nami rozmowę. Zaproponowano, abyśmy zgodzili się wstąpić do szkoły kontrwywiadu. Po ukończeniu tej szkoły mieliśmy otrzymać stopień oficerski i skierowanie do ambasady PRL w państwach zachodnich. Dano nam kwadrans do namysłu. Obiecywano czekoladki i kawę dobrej jakości. Potem wezwano nas ponownie. Nie wyraziliśmy zgody. Wobec tego otrzymaliśmy skierowanie do służby wojskowej. Borys i Zbig poszli do wojsk lądowych na dwa lata. Ja otrzymałem rozkaz wyjazdu do Ośrodka Specjalistów Morskich. Razem ze mną do tego ośrodka z całego kraju trafiło jedenaście tysięcy ludzi. Morze mnie interesowało, wiesz o tym, natomiast to, co nastąpiło, już nie. Pierwsze trzy miesiące były trudne. Każda kompania składała się z 270 żołnierzy marynarzy. Spożywanie trzech posiłków dziennie odbywało się w stołówce. W okresie rekruckim posiłek należało zjeść w ciągu trzech minut. Po tym czasie wychodziliśmy ze stołówki.

 Początkowo więc chodziliśmy głodni, ale wkrótce doszliśmy do wniosku, że chleb należy zabierać ze sobą, a na miejscu spożywać dania płynne. 

Piliśmy herbatę czy kawę zbożową, zjadaliśmy zupę, a kawał mięsa wkładaliśmy do jakiegoś naczynia wsuwanego do kieszeni i wychodziliśmy.  Gorzej  gdy dowódca zobaczył, że mamy wypchane kieszenie. Wtedy musieliśmy je opróżnić, zanieść jedzenie do stołówki, ale kary nie było. Najwyżej bieg.

     Ćwiczenia w zakresie sprawności fizycznej i operatywności żołnierskiej obejmowały zadania wydawało się ponad ludzkie siły.

     Po przysiędze było lżej, ale regulamin nadal egzekwowano surowo. W czasie jedzenia często rozmawialiśmy. Podoficerowie zwracali uwagę, aby nie rozmawiać. Po dwukrotnym „cisza” następował rozkaz. Zbiórka przed stołówką. Po kilku uwagach pozwolono wejść do stołówki  i dalej jeść. Nikt nie trafił do swego talerza. Każdy starał się dostać do talerza, na którym była zupa. Niektórzy w ten sposób zjadali dwie porcje, inni nawet nie zjedli połowy. Ale na ogół każdy wiedział, że należy się spieszyć. A pośpiech nie służy zdrowiu. W czasie zajęć taktycznych posiadaliśmy chleb w kieszeniach i po kawałku, tak aby podoficer nie widział, zjadaliśmy. Utrudzeni mimo wystarczającej według dowództwa liczby kalorii na żołnierza, chodziliśmy nienasyceni.

     Na wielohektarowym terenie pokopane były rowy o szerokości czterech  i głębokości dwóch metrów. Napełniono je wodą. W czasie ćwiczeń kilkakrotnie musiało się wskoczyć do wody. Wpadaj – krzyczał kapral albo plutonowy i się wpadało, zawsze z lufą nad wodą. Każdy starał się, aby nie zamoczyć karabinu. Po taktyce odbywało się dwugodzinne szkolenie w świetlicy. Po kilku minutach okna były zaparowane, bo ubrania wysychały. Wtedy kazano rozebrać się do pasa. Biegliśmy na gimnastykę przyrządową na otwarte powietrze. Również o szóstej rano po pobudce rozebrani do połowy biegliśmy nad morze  na  godzinną gimnastykę.  Zimą często padał śnieg i był mróz. Nacieraliśmy się śniegiem, co niektórzy przypłacili zdrowiem, chorując.

     Kurs w ośrodku trwał osiem miesięcy. Oficer pytał: – Kto chce przedłużenia szkolenia w ośrodku? Będzie miał szansę szybszego awansu. Nikt jakoś nie chciał awansować.

     W czasie II wojny światowej przebywała na tym terenie szkoleniowym szósta armia feldmarszałka Friedricha Paulusa, która skierowana została na front wschodni i poniosła klęskę, a Paulus się poddał. Pognębiony ale żywy. Wrócił po latach z ZSRR do NRD, ale nie udało się go wykorzystać do straszenia zachodu.

     Za naszych czasów ośrodek wojskowy został odnowiony, częściowo przebudowany, tak że nie czuliśmy złego ducha nazizmu. 

     W czasie szkolenia przechodziliśmy też ostre strzelanie. Na kilku strzelnicach, obwałowanych ziemią codziennie odbywało się strzelanie, zawsze innych oddziałów. Ja na jedenaście tysięcy marynarzy zająłem trzecie miejsce.

      Z ośrodka szkolenia zostałem skierowany do bazy okrętów podwodnych. Jak wiem, ty marzyłeś o marynarce wojennej. Myślę, że nie masz czego żałować, chociaż ja osobiście uważam te trzy lata za wielką przygodę. Tylko, że mimo wszystko, za duży trud. Oficerowie mówili nam, że bez ekstremalnego wysiłku będziemy do niczego.

     W latach młodzieńczych okręt podwodny był szczytem marzeń. Pływać nie tylko na wodzie, ale pod wodą. To było coś. Gdy jednak już to się stało, przekonałem się, że ta służba nie jest przyjemna. Głównie ze względu na ciasnotę. Z konieczności ograniczone są możliwości poruszania się i wykonywania czegokolwiek więcej, niż jest to konieczne do obsługi okrętu. Dlatego, w tym dość zgniłym powietrzu człowiek szybciej się męczy i jest psychicznie wykończony.

     W trzecim roku otrzymałem stopień podoficerski i przyjechałem do Włocławka na urlop, i ożeniłem się z dziewczyną, którą poznałem w naszej szkole. Na pewno widziałeś ją i może pamiętasz, ma na imię Magdalena, grała na skrzypcach w orkiestrze szkolnej. Często chór występował razem z orkiestrą, myślę że pamiętasz, bo śpiewałeś              w chórze. Masz też może moje zdjęcie z Magdzią.

     Ślubowałem w mundurze marynarskim. Tak się złożyło, że ślub odbył się po mszy świętej o godzinie osiemnastej. Ludzie nie wychodzili z kościoła. Byli ciekawi ślubu marynarza. Czułem się z moją małżonką jak para aktorów na scenie. Koledzy, których sześciu zaprosiłem na ślub, zrobili kopulasty szpaler, występując w mundurach. Nie wiem tylko w jaki sposób oni zdobyli urlopy; po weselu natychmiast udali się do jednostki wojskowej. Były to lata, że osobom wojskowym nie wolno było chodzić do kościoła. A zwłaszcza w mundurze. Ja jednak tego się nie bałem. Myślałem sobie, najwyżej posiedzę z tydzień w pace. Urlop otrzymałem, bo zameldowałem, że chcę ślubować. Dowódca musiał należeć do PZPR, bo taki był wymóg, ale nie sprzeciwiał się, że biorę ślub kościelny i serdecznie uścisnął mi dłoń. Dowódca więcej rozumiał niż sztywni partyjniacy. Nie wspomniał o tym, bym nie wkładał na ślub munduru.

 Zrozumiałem, że jest to w pewnym sensie przyzwolenie. Po trzech miesiącach otrzymałem drugi urlop, na ślub cywilny.

     Po wyjściu z marynarki wojennej jeszcze awansowałem i już  w cywilu rozpocząłem pracę w energetyce zawodowej, początkowo jako kierownik stacji 220/110 kV. W 1970 roku zostałem dyrektorem technicznym rejonu.

     Po założeniu rodziny już nie próbowałem zajmować się wioślarstwem, jak dawniej, a co być może pomogło mi w dostaniu się na okręt podwodny? W papierach mieli napisane, że wiosłowałem.

W każdym razie pamiętam, że i ty ze mną i kilku kolegami pływaliście po Wiśle czwórką ze sternikiem.

     Razem z moją małżonką Magdzią mamy trzech synów i córkę, która ukończyła akademię muzyczną i jest pracownikiem opery.  Gra na wiolonczeli i fortepianie. Nasz zięć jest pracownikiem filharmonii i gra na altówce. Młodszy syn pracuje w energetyce, obsługuje stację 110/15 kV oraz stację 220/110 kV. Najmłodszy prowadzi usługi gazownicze. Mieszkamy w domku jednorodzinnym, który zbudowaliśmy na działce 1200 metrów kwadratowych w otoczeniu lasu. Tu jest oaza naszego szczęścia rodzinnego. Gdyby nie utrata zdrowia, to świat miałby o wiele więcej barw i muzyki. Nie można jednak mieć wszystkiego, a gdy człowiek w pewnym wieku zadowala się tym co ma, ma szczęście. Jak chce, może być szczęśliwy. Jeśli jesteś pokryty emulsją światłoczułą, to wszystko pozostaje w tobie. W latach poważnych patrzysz na te zdjęcia w pamięci i się zastanawiasz, czy chciałeś za dużo, czy za mało. Nie myślałeś tylko o sobie i to już jest coś warte. Niektórzy z przerostem ambicji dodają do swoich życiorysów kilka kropel gigantyny i sądzą, że zadziwią. Czy to są ich wyczyny w sporcie, nauce, literaturze, technice? Być może. Jeśli korzysta  z tych dokonań  społeczeństwo, to w porządku… Tak bym zakończył.

     Nie przeczytał: Pozdrawiam… Nastąpiła chwila przerwy a Kryspin nie wiedział co powiedzieć.

     – Jak tak się zastanawiam – odezwał się osobno, poza listem – to chyba  właśnie  tęsknota do lat młodości spowodowała, że zerwałem się niecierpliwie z miejsca  i dzwonię, zamiast czekać na twoją odpowiedź. Ale tym się nie przejmuj. Opowiedz mi o sobie. Też się wysłucham. Kolega psycholog mówi, że to rodzaj terapii.

    Mógł tego nie mówić. Mógł skłamać. – Kryspin, poczułem się źle. Ta szczerość w tym przypadku nie była konieczna, a nawet szkodliwa, ale mu tego nie wypomniał.

     – Wiesz, każdy to przeżywa…

     Kamilian dodał jakby nie słyszał, co powiedział kolega:

     – Kryspin, mam z Tobą zdjęcie na boisku szkolnym…  

     – Tak? Ja też mam. Wiesz, to ciekawy list – niemal zawołał Kryspin.  – Będę czekał na niego z niecierpliwością.

 Około dziesiątej i jedenastej głuche telefony. Około trzynastej telefon odbiera Milena. Kryspin jest w kuchni, rozmawia  ze swojej komórki właśnie z Kamilianem. Rzecz działa się równolegle. Trwa to kilkanaście minut. Z tego co zdołał usłyszeć z rozmowy żony wysnuwa wniosek, że stało się coś  niepokojącego. Słucha kolegi i zarazem zaczyna się niepokoić. Nie mówi o tym Kamilianowi.

     Idzie z telefonem do dużego pokoju i już mniej uważnie słucha, co mówi Kamilian. Milena zdenerwowana rozmawia teraz w sypialni. Słyszy słowa o przykrym zdarzeniu – wypadku wnuka, rannych osobach, zadośćuczynieniu finansowym. Domyśla się o co chodzi, ale Milena nie chce przerwać rozmowy. Słyszy, że chodzi o kwotę trzydzieści siedem tysięcy złotych. Podaje swoje imię i nazwisko, daty urodzenia, adresy. Mówi, że takiej kwoty nie ma. Milena nie ma nikomu mówić o tym zdarzeniu. Facet pyta się, czy ona ma taką kwotę na koncie, a ona odpowiada, że nie ma. To skąd pani weźmie? Nie wiem. Jeszcze się zastanowię.  

     Kryspin zaczyna rozmawiać nerwowo z Kamilianem i chociaż nie słyszy słów, wszystkiego się domyśla. Kolega jest też podenerwowany i pyta, co się stało? Kryspin odpowiada, że jeszcze nie wie, ale zaraz wyjaśni. Proponuje żeby przerwali rozmowę. Mówi półgłosem, że to sprawa poważna i oddzwoni. Odkłada słuchawkę.

      Teraz zwraca się do żony gestami. Milena nie rozumie. Kryspin jest tak zdenerwowany, że aż czuje kłucie w piersiach. Milena mówi, że będzie w kontakcie. Jest niesamowicie przejęta. Nie chce powiedzieć o Jarku rodzicom. Nie każe dzwonić mężowi do mamy Jarka, bo może zemdleć.  

     Kryspin od razu podniesionym głosem: – To oszustwo! Nie daj się oszukać! Zaraz dzwonię do Rafała i wnuków! I na policję! Milena, jeszcze zaszokowana, oponuje, ale po kilku sekundach wszystko rozumie i się zgadza. Mówi mężowi dokładniej co się stało.

     Po paru minutach o 13.36 dzwoni ten sam mężczyzna i tubalnym głosem prosi panią Milenę do telefonu. Odbiera Kryspin.

 Wie, kto mówi i natychmiast wzburzonym głosem oświadcza, że dzwoni do rodziców i na policję, nie da się okraść przez oszustów. Gdy odłożył słuchawkę uświadomił sobie, że źle zrobił.

     Miał przekazać telefon żonie i czekać na dalszy ciąg, może policji by się udało namierzyć oszustów.

     Oboje są bardzo zaszokowani. Nigdy czegoś takiego nie przeżyli.

     Kryspin zadzwonił do ojca, ten do Jarka i Lucjana. Potem na policję. Powiedział, że chłopcy są w domu i jest wszystko w porządku.

     Policja oświadczyła, że przyjedzie.

     Teraz już spokojniej Milena opowiada, że ten pierwszy miał zachrypnięty głos. Kiedy usłyszał głos Mileny, odezwał się: – Nie poznajesz? Milena na to: – Nie poznaję. – Jak to nie… – To ty, Jarek? – To ja. – A dlaczego masz taki zachrypnięty głos? Pewnie piłeś coca colę prosto z lodówki, a mówiłam ci wczoraj, uważaj. A może jadłeś jeszcze lody? Gdzie ty jesteś? – Idę do lekarza.

     W tym momencie oszust poczuł się jak w domu. Wiedział, że to babcia a wnuk ma na imię Jarek. Teraz głos zabrał ten drugi, główny jakby można powiedzieć.– Proszę pani, jesteśmy na policji. Jest nieprzyjemna sprawa. Wnuk jechał ze starszym kolegą samochodem i spowodowali wypadek. Są trzy osoby ranne, w szpitalu. Chodzi o to, aby w to nie wmieszała się prokuratura. Ja jestem policjantem, Tomasz Żagiel w trzecim komisariacie, mam dwudziestosiedmioletni staż. Ta sprawa jest delikatna. Ja nie chciałbym stracić posady,  a osoby poszkodowane, pracujące na wysokich stanowiskach, nie chciałyby, aby trafiły na przesłuchanie. Bo to jest pani dyrektor szpitala, pan prezes spółki, pan dyrektor banku… Należałoby to załatwić przez zadośćuczynienie finansowe. Dalej Milena mówi, że coraz bardziej martwiła się o Jarka. – Wczoraj byliśmy we czworo  w wesołym miasteczku i nagle takie coś… – Przecież byłeś zdrowy.

     Babcia zatroskana o Jarka, uwierzyła, że to prawda z tym wypadkiem. Zrobiłaby wszystko, żeby ratować wnuka. Kiedy chciała rozmawiać drugi raz z nim, ten mówiący barytonem odparł, że Jarek poszedł do lekarza na zastrzyk.

     Po kilkudziesięciu minutach dwóch policjantów przyjechało nieoznakowanym samochodem. Po rozmowie pojechali we czworo do miejskiej komendy policji złożyć zeznania. Trwało to dwie godziny. Później policja odwiozła Milenę i Kryspina do domu.

     Oszuści dzwonili z nieznanego numeru telefonu i nie da się go zidentyfikować. Policjant na końcu zapytał: – A gdyby nie mąż, to co by pani zrobiła?

     – Starałabym się o pieniądze.

     – Nie ma pani takiej kwoty?

     – Oczywiście, że nie mamy. Jesteśmy na emeryturze.

     Na drugi dzień Kryspin zatelefonował do Kamiliana i wyjaśnił mu, co się stało. Kamilian wiedział, że tego rodzaju przypadki się zdarzają  i policja wciąż nie potrafi wykończyć tych drani. Współczuł koledze        i dodał: – To widzisz jakie to życie jest. Ja ci nawijam o mojej  marynarskiej doli a tu takie coś… Ale znam tego rodzaju oszustwo. To znaczy, słyszałem już, policja łapie i wsadza, ale inne prymitywy myślą, że im się uda  i też próbują na swój psychologiczny sposób łapać naiwnych.

     Kamilian jeszcze dodał, że na tle tego zdarzenia jego opowieść wydaje się teraz mało ważna, zwłaszcza, że dotyczy dawnych lat, czemu Kryspin zaprzeczył.

     – Nie mówmy o tym. Życie każdego z nas jest ważne i najważniejsze.

     – Słuchaj, mam jeszcze taką historię, jakby ci to… – mówił Kamilian. – Z moją służbą w marynarce wojennej wiąże się jeszcze jedno wydarzenie. Ono wciąż we mnie istnieje. To było po roku służby. Już byliśmy w bazie okrętów podwodnych. Jeden z kolegów popełnił wykroczenie i na pewien czas został odsunięty od służby na okręcie. Tak się przejął, tak mu to wojsko nagle obrzydło, że zszedł z wachty zabierając ze sobą broń. Tak przypuszczamy, ale mogła to być też sprawa osobista. On miał dziewczynę, tak jak ja… Dziewczyna go rzuciła. Oddalił się na dwadzieścia kilometrów od bazy, zatrzymał  w restauracji, zamówił obiad, zjadł… Trwało to sporo godzin. Żandarmeria go namierzyła. Otoczono plac z restauracją w tym nadmorskim mieście. Sprowadzono rodziców, bo nie chciał się poddać, ale on nadal ukrywał się wewnątrz, twierdząc, że ma zakładników. Wreszcie wyszedł i się zastrzelił… W słuchawce zapanowała cisza. Kryspin się odezwał: – Jesteś tam? Kamilian po chwili mówił: – Gdy wiadomość dotarła do nas, byliśmy tak zszokowani, że dowódca wziął nas na dodatkową służbę o specjalnym znaczeniu. Były to zajęcia bardzo atrakcyjne, nie będę ci mówił przez telefon. W każdym razie to odwrócenie uwagi od tragedii udało się w dużym stopniu. To był rodzaj terapii.

 No i widzisz, ty chciałeś być marynarzem i nie byłeś, ja nie chciałem, a pływałem po Bałtyku… Tak, dobrze, że byłeś w domu. To wam szybko przejdzie. Ja chciałem ci tylko powiedzieć, że prawie każdy człowiek musi przeżywać różne dramaty.

      – To jest nieuniknione.

      – Jak wiem, macie w mieście fajny Teatr Rozrywki, to wybierz się z żoną na coś wesołego. Zobaczysz, że to wam dobrze zrobi.

     – Oczywiście. Wiesz, ja nie chciałem być górnikiem, a pracowałem na kopalni pięć lat – poinformował kolegę. – To nie była kopalnia odkrywkowa.

     Kamilian się zdziwił: – Nie wiedziałem.

     List nadszedł dopiero po tygodniu.

                                                                                                        2012

Opowiadanie z tomu E. Rychlickiego  ”Rezonans napięć”

Dzwon Zygmunta

 

Między spiżowym płaszczem

Przepasanym odsercowym

Pierścieniem a sercem wybucha dźwięk

Z ośmiu ton powagi i zadumy

 

Leci na skrzydłach orła białego

W czerwieni poranionych serc

W promieniach słońca

W połowie zmierzchu i nocy

 

Odzywa się w dniach chwały

I w dni rozbijane na strzępy

Gdy domy rozpadają się odchodzi

Bohater gdy umiera ludzka wielkość

 

W ostatnich latach w najwyższych

Tonach smutku odzywał się

Gdy odszedł do Pana Jan Paweł II

I wydarzył się dramat smoleński

 

Nie potrafiąc cofnąć czwartego wymiaru

Budzimy w sobie najskrytsze

Uczucia żalu zamknięci jak kielich

Kwiatu i próbujemy zmiażdżyć ból   

 

Dzwon Zygmunta wpisany w historię

– w czas który biegnie tylko w przód

I nie da się zmrozić dzwon ciągłości

Jeszcze nie jeden raz jego  

 

Przejmujący dźwięk uniesie się w niebo

– teraz niech się zdarzy majestatyczny

Tryumf Ducha nad materią

Radosne uniesienie po dniach żałoby

 

                                                 16 kwietnia 2010

Z tomu E. Rychlickiego Chcąc nie chcąc

Na grzędzie

 

Nikodem Pierwszy w Rzędzie

W kurniku siadał na grzędzie

I puszczał kłęby wełny z fajki,

Opowiadając kurom bajki,

Jak on Ariadnie nici przędzie.

                                   EuRy 3.11.2017

sierpień 77

 

Z Wisły Głębce wrócili trzeciego w niedzielę o szesnastej. Padał deszcz. Tak bardzo, że nie mogli wyładować bagażu  z syreny 105. Jazda była też ostrożna. Nie było dobrej pracy kierownicy. Na zakrętach obracała się nie powodując skrętu kół  o wymagany kąt co było niebezpieczne. Radecki zauważył już   w Tucznie. Znowu czeka ją remont…

Zadzwonił do Bertolda Folwarcznego, który ma warsztat przy ulicy Wandy. Był pierwszy dzień po urlopie i roboty ma już na cały tydzień. W końcu powiedział, że niech przyjedzie, to on zobaczy co da się zrobić.  

O 15.00 samochód był gotowy. Zapakowali się i znów wyjazd, teraz do Zawady, pięć kilometrów za Nowym Sączem. Była już 16.45. Za Katowicami na trasie E22 niebo pociemniało. I zaczęła się ulewa. Trasa zatłoczona. Dużo ciężkich aut. Pada raz mocno raz słabiej. Wzniesienia, zakręty. Liwiusz skupiony na jeździe. Nie rozmawiają. Widoczność słaba. Przeciętna prędkość 50 km na godzinę. Najgorzej było od Brzeska. Ciemność narastała. Deszcz trwał. Jazda na światłach, aż do reflektorów włącznie. Czasem droga znikała w oczach. Jakby się ukryła, wymazała z trasy. Światła jadących naprzeciw pogarszały sytuację. Niektórzy bez względu na warunki pędzili na łeb na szyję, na złamanie karku i wyprzedzali. Radecki czuł się jak w labiryncie. Za Czchowem jest serpentyna – zjazd niebezpieczny jak jasny gwint. Włączył wolne koło i jechał trzydzieści na godzinę bez gazu. Okolice ładne. Jezioro. Nie ma czasu na podziwianie. Widoczność nieco lepsza. Wreszcie tunel się kończy – dojechali do Nowego Sącza. Kupili benzynę. Na zewnątrz świat tak źle nie wygląda. Z auta wszystko gorzej się przedstawia. Za miastem rozglądają się, gdzie ta Zawada. Żywej duszy.

Nagle jakiś mężczyzna. Liwiusz pyta.

A na miejscu Natalia mówi do Krzysia: – Tata jechał i się rozglądał, czy nie widać gdzieś w pobliżu sołtysa. I mówił: Sołtysa jakoś  nie widać. Nagle zobaczył jakiegoś mężczyznę i zapytał: A sołtys gdzie? Co się z nim stało?

Okazało się, że są już za Zawadą, a ten facet wracał ze spisu rolnego i mówił, że jest sołtysem. I sołtys zabrał się z nimi. Wysiadł przy polnej drodze w pobliżu cmentarza. – Jedźcie państwo w dół tą drogą, potem na skrzyżowaniu w lewo, potem droga będzie w prawo do tartaku przedsiębiorstwa „Las” i na rogu jest taki duży dom w stylu zakopiańskim. To pani Sosnowska. Jechali po kamieniach i dołach ale takiego domu nie widzieli.  W nocy wszystkie koty są czarne. Zamiast na lewo, Liwiusz skręcił w prawo.  Przystanął. Tu pewnie jest jakiś dom w stylu… – powiedział do zgromadzonych w aucie i wysiadł, a pasażerowie patrzyli zdziwieni przez okna, bo nic takiego nie widzieli. Liw pomyślał, że jeżeli to ma być ten dom, to on dziękuje. Chałupa niska i długa, małe okienka, małe podwórko. Światło latarni na podwórku jak  od naftówki. Niebieskie ściany zewnętrzne. Wchodzi się do przedsionka. Po lewej obora, gospodyni doi krowy. Po prawej kuchnia. Druzgocące zdumienie. Chlew i kuchnia obok siebie, połączone sienią. Liwiusz myśli: W Polsce jeszcze jest coś takiego, takie chałupy? Tu jednak uzyskuje dobrą informację i wreszcie dojeżdżają do celu.  Są u państwa Sosnowskich. Jest dwudziesta druga. Liwiusz narzeka na ból głowy. Natalia powiedziała do Rafała: – Miałam już stracha. Na miejscu taty wysiadłabym z samochodu i chrzaniła taką jazdę. Wolałabym gdzieś przenocować i przeczekać tę wstrętną pogodę.

Kiedy się położyli do łóżek, Radecki wciąż jechał. Ta trasa śniła mu się. Nawet przed zaśnięciem widział cały tajemniczy trakt, jakby jechał do piekieł. Samochody, noc, światła, deszcz, zaginięcie drogi, szyby zalewane wodą… Nie dało się rozbryzgać, rozproszyć szarości i ciemności.

Gospodarze mówią, że te deszcze niszczą plony. Zboża poczerniały. Siano gnije.

 

Fragment z „Powrót rzeki do źródła” V Eugeniusza Ry 

Dotowany

 

Ambroży Zmienny z Ogniska

O każde głupstwo się ciska,

Ale gdy chce mieć rację

Dzielnie się stara o dotację

I płaci za zamknięcie pyska.

 

EuRy    10.2017